piątek, 30 stycznia 2026

Zima w Tatrach

                           Śladami polarnej wyprawy

    Dziś chciałabym zaprosić wszystkich w podróż na zimowe krańce świata w czasach, gdy ludzie pokonywali białe bezdroża a mróz, głód i ginąca powoli nadzieja szarpały wnętrzności i łamały serce. A oni błądzili, bo pustynia, śnieżna czy piaszczysta, zawsze oznacza bezludzie. Nikt nie czekał na wędrowców z obiadem, kawą i ciepłym noclegiem. Co sprawiało, że wciąż i wciąż wyruszały nowe wyprawy, bo poszerzyć granice znanego świata a śmierć poprzedników zamiast być ostrzeżeniem, stawała się wyzwaniem? Skąd brali wiarę, że tym razem się uda? I przekonanie że warto ryzykować życie dla wypełnienia białych plam na mapie? 

Nietknięty stopą ludzką śnieg zawsze budził we mnie taką nostalgię,
że będę jak człowiek pierwotny znaczący swój ślad w pustym świecie.
A co czuli zimowi odkrywcy krain podbiegunowych, gdy jedno takie wzgórze
pokonywali za drugim, wiedząc że nigdzie nie znajdą schronienia? Nawet jeśli
szli gromadnie jak bohaterowie dzisiejszej opowieści, czyż samotność pustkowia
nie odbierała im sił bardziej niż głód i zimno?
    W grudniu 2025 wypożyczyłam z biblioteki książkę Dana Simmonsa "Terror". Znałam tego autora, jako twórcę niesamowitych opowieści o świecie Hyperiona, dlatego odważyłam się na zapoznanie z jego historią o zakończonej tragicznie w 1845 roku wyprawie w okolice Morza Baffina. Dwa statki: flagowy Erebus i towarzyszący mu Terror wyruszyły na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego na Pacyfik, zimą utknęły w lodzie i nigdy nie wróciły do portu macierzystego. Nikt nie przeżył tej wyprawy, możemy zatem snuć jedynie przypuszczenia, co naprawdę się wydarzyło. 
Członkowie wyprawy z Erebusa i Terroru pokonywali góry i doliny lodowe,
bezdrzewne, lecz czy wędrowców po górskich terenach tajgi,
gdzie mieli przynajmniej drzewo na opał, czekał lepszy los?
Kilometry pustki i znikąd nadziei. A przecież odkrywcy z tej wyprawy to byli
w większości marynarze, którzy nie umieli polować ani nawet odnaleźć i nawiązać
kontaktu z tubylcami.
A jak radzili sobie ci odkrywcy, którym na drodze stanęły bezludne góry?
Jakąż musieli mieć odporność nie tylko na zimno i głód, ale też na upadek
nadziei, gdy zamiast ludzkiej osady spotykali takie niespodzianki na swej drodze?
    Nieodmiennie nasuwa mi się też przy takich krajobrazach nieprawdopodobne poświęcenie partyzanta, który w czasie drugiej wojny światowej wyruszył z koliby w lasach pod Spaleną, by sprowadzić pomoc dla rannych w chwili gdy kończyła się im żywność(pisałam o tym pod hasłem Słowacja 2022 Partizancka nemocnica). Przedarł się przez śniegi zalegające przełęcze wokół Osobitej należącej do pasma Rohaczy. Widoki poniższe to polska Orla Perć, poziom trudności słowackiej w niczym jej nie odbiega, lecz ów partyzant przedarł się przez najniższą część Rohaczy, zszedł do zawalonej śniegiem Doliny Chochołowskiej a potem do Zakopanego. 
Partyzant który ruszył na pomoc towarzyszom przez te przełęcze nie musiał się
przedzierać, lecz groza mrozu śniegów bezludzia, a co najważniejsze wojny, stawia
jego wyczyn na piedestale bohaterstwa. 
A górale TOPRowcy ruszyli na ratunek - przez śniegi, przełęcze. Szli ze sprzętem,
a z powrotem ciągnęli w toboganach pozawijanych rannych partyzantów. I ich ocalili...
    Nawiązuję do powieści Simmonsa nie tylko z powodu kunsztu autora, cenionego na całym świecie. Po kilku rozdziałach nasunęła mi się myśl, iż nie upłynęło jeszcze dwieście lat od śmierci dowódcy wyprawy Johna Franklina, komandora F.R.M Croizer'a a także całej niemal stutrzydziestoosobowej załogi, gdy lód na Morzu Arktycznym przestał być problemem. Dwa wieki wystarczą, by stopił się w całości - naukowcy mówią bowiem, że jest to nieuniknione w niedalekiej przyszłości. Szukanie obecnie przejścia północnego za linią brzegową Kanady dotyczyć by musiało jedynie sporządzenia precyzyjnych map wysp, wysepek, przesmyków i cieśnin. Nie byłoby zagrożenia życia niekończącym się mrozem, utkwieniem statku w paku lodowym zalegającym morze aż po widnokrąg. A potem śmierci głodowej, poprzedzonej aktami kanibalizmu, co przydarzyło niektórym członkom tej wyprawy. Jak strasznych zmian dokonaliśmy w środowisku naturalnym w tak krótkim czasie, że grozi całej planecie podniesienie się poziomu mórz o dziesięć metrów. Rośliny i zwierzęta żyjące w świecie lodu wyginą, udostępniając nowe nisze ekologiczne innym gatunkom, lecz zalane obszary nie powrócą na powierzchnię do czasu kolejnego zlodowacenia, które nie wiadomo czy na stąpi. Podobnie nie wiemy, o ile ostatecznie podniesie się poziom mórz i oceanów, a zatem możemy jedynie prognozować jak ogromne obszary czeka zagłada. 
Wszystkim zakochanym w zimowych Tatrach ku przestrodze - możemy
utracić ten raj...
...ten cud
    Z głębin własnej pamięci wyciągam obrazy codziennych szaleństw na sankach tabunów dzieci z ulicy Szczecińskiej w Gdyni. Zjeżdżaliśmy na górkach lasu Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, pędziliśmy też po nieuczęszczanej przez samochody ulicy tuż pod moim blokiem. Owszem, były tygodnie, gdy śnieg ledwo napadał, ale też przez połowę czasu każdej zimy żyliśmy białym szaleństwem koło domu - nie trzeba było jeździć w tym celu w góry. A dziś pod znakiem zapytania stoi okoliczność, czy w ogóle warto produkować sanki. Moi synowie jeszcze tej zimowej radochy na Wybrzeżu zaznali, ale wnuki zabierać będę w Tatry, dopóki króluje tam jeszcze zima.  W dwudziestoleciu międzywojennym Maria Kuncewiczowa pisała w zbiorze opowiadań "Dyliżans warszawski" o dwudziestostopniowych mrozach w Warszawie każdej zimy. Z kolei przypominam sobie też fragment opowieści Arkadego Fiedlera z rejonów puszcz amazońskich, gdy poszedł z jednej wioski tubylców do drugiej, a przed nim w wąskim błotnym rowie wędrowała ryba! Autor sam do siebie śmiał się wtedy, że już wie, co dają Polsce mrozy - brak robactwa, które włada lasami na równiku i w strefie podzwrotnikowej. Czyżby czekał nas taki świat? Nie chodzi przecież wyłącznie o koniec zabaw na śniegu. To jest drobiazg, że skończą się jazdy na sankach i nartach, że nie ulepimy już nigdy bałwana. Mogą do nas przyleźć na gościnne występy na przykład skorpiony i pozostać na zawsze. 
Wszystkie zdjęcia pochodzą z 2010 roku, kiedy przyjechaliśmy w Tatry zimą
pierwszy raz. Nie wędrowaliśmy samotnie...
...a w każdym miejscu czekało na nas schronisko
- tu zmierzamy do Murowańca.
a tu kawa i ciacho na Hali Ornak.
    Myśl taka nadal może nam towarzyszyć, lecz natura uwielbia zaskakiwać😄Styczeń 2026 przyniósł na Wybrzeżu taką zimę, jakiej nie było od co najmniej piętnastu lat. Słupsk utonął pod śniegiem, w Gdańsku po przejeździe spychacza w niektórych miejscach zniknęły chodniki - zwłaszcza po drugiej stronie obwodnicy gdzie mówi się, iż klimat jest już inny bo to prawie Kaszuby - a w wielu potworzyły się zaspy jak piramidy Cheopsa. Mrozy trwają już trzeci tydzień, a największe do 25 stopni dopiero mają nadejść. Równowaga w przyrodzie jednak obowiązuje, w drodze do Zakopanego w dniu 29 stycznia już przed Częstochową śniegu zabrakło a i w górach nie jest go na potęgę. A z drugiej strony: sławetne zlodowacenia plejstoceńskie zaczynały się przecież na północy😅
Styczeń w Gdańsku - widok z naszego okna
A tak przed naszą klatką😱
I teraz nie wiem: czy to początek zlodowacenia czy po prostu normalna zima?




środa, 3 grudnia 2025

Walizka z pejzażami

                                 Pejzaże rozświetlone

                W tym roku rozświetliły się nasze pejzaże wspomnieniami. Po dwudziestu czterech latach od ostatniego wspólnego górskiego wyjazdu spotkaliśmy, u progu tamtej codzienności, naszych przyjaciół Dorotkę i Darka. Ich córka Paulina, studentka pierwszego roku psychologii na Jagiellonce, zrobiła nam pamiątkowe zdjęcia.

Nasza wspaniała ekipa po raz pierwszy spotkała się tuż u początku Doliny
Chochołowskiej w 1998 roku💖
Cóż to były za imprezy niezapomniane, w wielkiej ekipie z biegającymi dzieciakami i grającymi w badmintona, turnieje szachowe burzyły krew a opowieści po żywym powrocie z gór z powrotem ją mroziły - jak wyprawa na Świnicę, gdy po raz pierwszy okazało się, że dziesięć lat po naszym wejściu we dwójkę oberwały się skały na szlaku i przebudowano go tak, iż powstał dalszy ciąg Orlej Perci. O czym ta część ekipy widocznej na zdjęciu, która zdobyła Zawrat od Piątki i wyruszyła na Świnicę nie wiedziała.
Do tego miejsca, początku Doliny Pięciu Stawów wspinaliśmy się z Jarkiem wiele razy,
ostatnio w 2019 roku trzy godziny... 
Przełęcz Zawrat od Piątki i Świnica, z maleńkim Jarkiem na szlaku, 2019 rok.
Tak wspinał się na Zawrat a potem na Świnicę wcinającą się w niebo
jedenastoletni Mateusz w ekipie z tatą, dwoma Dorotkami, bo i jeszcze
jedna z nami wówczas jeździła i z Darkiem.
A rok wcześniej cztery niewiasty szalone zabrały dziesięcioletniego Mateusza na Zawrat po łańcuchach - echa obu tych ekstremalnych wypraw znajdują swoje poczesne miejsce w Tajemnicach tatrzańskich. Dziś rzucam tylko garść tamtych wspomnień pod postacią naszego z Jarkiem zejścia z Zawratu po łańcuchach w 2019 roku, gdzie świadomość, iż zdobyłam już całe Rohacze-słowacką Orlą Perć - w niczym mi nie pomagała.
Z góry ten Zawrat nie robi należytego wrażenia, dopóki nie ujrzy się
takiego obrazka jak poniżej...
Ach ta młodość wyciągnięta z walizki wspomnień, a może głęboko w niej ukryta?
Dobrze że targam wciąż ze sobą tą walizę😉
Odległość między żoną i mężem w tym pionie sytuacyjnym do zera
redukowała kwestię asekuracji, wsparcie psychiczne było bezcenne.
Powiedzieć, że w górę lżej się wchodzi po łańcuchach, to powiedzieć prawdę. A jak się do tego doda zwiewną młodość z tamtych dni, to ani sińce nie stanowiły problemu, ani brudne niemiłosiernie od ściskania pordzewiałego łańcucha ręce. Ach, walizko moja kochana, dobrze że cię mam...I wciąż upycham nowe pejzaże rozświetlone...
Dramatyczność tamtych wyzwań zamieniliśmy od kilku lat na spacery z magią w tle.
I niech nikt nie myśli, że w czymś zmienia to tę miłość.
Zmieniła się tylko perspektywa...i trawa urosła pod stopami.
A wnikliwy obserwator złapie nawet w oko aparatu taką piękność-
goryczka trojeściowa.
Odkąd odkryliśmy, iż z Butorowego Wierchu, na który przykładnie wjeżdżamy wyciągiem, można zejść na Prędówkę z takimi widokami, zamiast w lesie bez Tatr - to nieustająco tędy zdążamy. A nawet w zeszłym roku wdrapaliśmy się z Rysulówki😅
Apogeum na pożegnanie, na start!
Baza pod Rohacze😆to te szczyty nad dróżką i lasem...
I przygrywka jesieni - tak to jest, jak się jeździ w Tatry w sierpniu.
"Kobierzec pod Tatrami" przyłapałam latem w zeszłym roku, a w tym zimą rozświetlił mi się... "Kotwicą". 
Nie było lato w tym roku zbyt upalne, a trawa w kobiercu pod Tatrami
 i tak się przysmażyła.
Moja magia...
Majestaty
Zwykły sobie spacer a nałowiłam tych pejzaży, że waliza pełna. Dobrze tak sobie popatrzeć, jak za oknem króluje piąta pora roku, najbardziej znienawidzona przez wszystkich - zgnilizna powietrza nękająca świat.
Gdzieś mi się zapakowały te obwarzanki obrazki.
I nawet wiem gdzie.

Od kilku dni trzymam już w rękach moją pierwszą książkę poetycką "Pejzaże liryczne". Zapakowałam tam nie tylko "obwarzanki obrazki" - zapraszam wszystkich chętnych, by powędrować ze mną lirycznymi ścieżkami wśród pejzaży życia.
Spotkanie autorskie w Gdańsku odbędzie się
w Bibliotece Filia Kokoszki w lutym,
 w Słupsku również w lutym
A same Pejzaże są dostępne w Wydawnictwie
Czerwony Pająk.
Pozdrawiam wszystkich, którym czasem
takie błędne ognie są potrzebne...


 

środa, 22 października 2025

Kolejne lata w Tatrach

                                             Paleta Tatr

      Pewnego pięknego dnia tegoroczne wyzwania tatrzańskie upodobniły się do naszego czerwcowego ataku arktycznego na karkonoskiej wyprawie. Od czterech lat jeździmy w Sudety przygotowani profesjonalnie na zimno, czapki zimówki i te sprawy, tym razem jednak lodowaty wicher przeszedł wszelkie wyobrażenie. A ja nie wpadłam jeszcze na to, by wozić na początku czerwca w góry zimową sportową bluzę. 

Urokliwe zejście ze szlaku omijającego Śnieżkę. I tak teraz patrzę
a czapka zimówka została na noclegu😅Chyba mi się wydawało, że
jednak będzie ciepło.
Wiosna a potem pogoda w lipcu tak nas wyziębiła, że liczyłam, iż w sierpniu lato sobie o nas wreszcie przypomni. Tyle lat podróży ścieżkami życia, a wciąż grzeszę naiwnością😆Tatrzańskie górskie pochody tego lata zmyliły mnie, na szczęście nawyk zabierania ze sobą rękawiczek zimowych na lipiec i sierpień w Tatry mam wklepany genetycznie - po prostu nie wyjmuję ich z letniej kurtki. 
Taki początek dnia na Kasprowym nie wróży nic dobrego.
Pół godziny później też nie było lepiej.
Zeszłoroczna magia Zielonego Stawu w tym roku zniknęła w zimnie.
Bilety kupione on line, herbatka w restauracji pod PKL w Kuźnicach, ale w środku bo zimno. I nawet załapaliśmy się na wcześniejszy wjazd, na Kasprowym wysiedliśmy o ósmej dwadzieścia. Wicher jakby się tu zabłąkał spod czerwcowej Śnieżki, ostatnio takie zimne powitanie z ledwo widocznym Krywaniem miałam chyba dwadzieścia cztery lata temu, kiedy z Mateuszem szłam pod Świnicę a potem na Karb. Tegoroczne spotkanie z takim zimnym wichrzyskiem błyskawicznie zaowocowało rezygnacją z wędrówki szczytami do przełęczy pod Świnicą, wywiałoby nas na amen. 
Zmierzamy do maleńkiej oazy wierzbówki widocznej w dole po lewej stronie -
tam czeka na nas Murowaniec.
Kościelec wyłonił się na chwilę dla Jarka.
A nawet zaskoczyła nas królowa Tatr.
Wicher tak szalał, że wędrowałam w dół, zamykając oczy. Chmury jak wściekłe potwory przeganiały się wokół nas nieomal namacalnie, a ja myślałam: no trudno, zejdziemy niżej, będzie cieplej, potem tylko skok do Zielonego Stawu i na koniec jedzonko w Murowańcu jakoś nam humor poprawi. Jak to czasem dobrze mieć minimalne marzenia. 
Mój ukochany potoczek w drodze do Zielonego Stawu
Pan Kościelec wita nas jeszcze w ubraniu z chmur
Urok ciszy Zielonego Stawu
Zbiegliśmy prawie do rozwidlenia szlaków, gdzie skręciliśmy na deptak do Zielonego Stawu. Po drodze spotkaliśmy tylko jedną młoda parę, która wędrowała na Karb. A my w ciszy i lekkim zdziwieniu, że robi się nie tylko coraz cieplej, ale jakby od czasu do czasu zza chmur przedziera się słońce, docieramy do mojego ukochanego Zielonego Stawu. Wita nas ciszą i spokojem, jest godzina może dziewiąta czterdzieści. Pakujemy tę ciszę do plecaków i wyruszamy z powrotem, by na złączeniu szlaków powędrować w dół. A tymczasem świat jaśnieje.
Tatry tylko dla nas - bezcenne
Litworowy Staw
Jesienne wyzwanie
I pierwszy błękit
Pora drugiego śniadania a tu na głównym szlaku, w górę od Murowańca w kierunku Kasprowego Wierchu, tłumy walą takie, że strach myśleć co się będzie działo koło trzynastej. Musieli wcześnie wstać wszyscy ci wspinacze. A nasza dwuosobowa drużyna na całkowitym luzie pokonuje w dół niemęczącą ścieżkę, choć kamieniami usłaną. I już wiem, jakim świętem będzie dla nas ten dzień.
Takiego raju nie spodziewałam się po porannej arktycznej przygrywce.
Nagroda sama wcisnęła się nam w ręce. 
Do tej bajki tatrzańskiej napisałam w styczniu 2023 wiersz "Zakochani w wędrówce,
pochwyceni w pejzażach".
Dziwiło mnie tylko, że jedyną osobą zakochaną w tych pejzażach byłam ja. Zatrzymywałam się co chwila, by złapać tę magię, wiedząc doskonale, że taki raj nieczęsto się odsłania. Zważywszy zaś na to, iż większość turystów wybiera się w Tatry na kilka dni i może raz w życiu, warto je pochwycić w takiej palecie. A tymczasem pędzili w górę, za bardzo się nie rozglądając. Tym sposobem stałam w podziwie sama - ja i królestwo Tatr. 
Fenomen górskich wędrówek polega też na tym, by umieć tak się obrócić od tłumów,
zalegających zdawałoby się wszystkie nisze na trasie, by sobie taką nostalgię złapać.
Pustka niegdyś osiągalna
"Kobierzec różu wierzbówki
ściele się w domu twoim
bizantyjskim przepychem" 
fragment mojego wiersza z 2022, nagrodzonego na 51 Ogólnopolskim Konkursie
na wiersz o tematyce górskiej, "Samotność Kościelca"
Syn mojej kuzynki Ewy, Marcin, wraz z żoną Madzią zawołany górołaz tak się zachwycił tymi pejzażami, że podpowiedział mi - tylko na ścianę zawiesić. I tak zrobię, i pewnie wtedy już całkiem przepadnę. 
     W Murowańcu pogościliśmy się nawet bez problemu. Upał zrobił się niemożebny, a nas czekała już tylko wędrówka w dół, za pierwszą górką. Oddaliśmy pokłon Hali Gąsienicowej i popędziliśmy do ławeczek na Przełęczy między Kopami. Magia Tatr powędrowała z nami, jakieś dwa tygodnie później obrodziła wierszem "Żniwa gór", w sumie trudno dziwić się tytułowi😉 A ja złapałam się w jeszcze jednej magii tego dnia...
Z Giewontem w tle, w drodze na Skupniów Upłaz
Babcia Madzia wędrowniczka. Oj, wnuki moje, już nie mogę się doczekać, żeby
z Wami tu biegać💖
Skompletowany tomik wierszy górskich poczekać musi do jesieni przyszłego roku, gdy trafi do wydawcy. "Żniwa gór" będą w nim kurtyną, z wiersza-motta uchylę rąbka tajemnic: "Mgielne opary zwijają się warkoczami splecione...wstaje dzień". W sam raz pasuje na ten dzień święta magii w Gąsienicowej Hali. A za miesiąc trzymać już będę w rękach moje pierwsze dziecko poetyckie "Pejzaże liryczne". Drugie "Zamki pamięci" przyfrunie do mnie latem przyszłego roku. Oj, będzie się działo, gdy w marcu 2025 ujrzy światło dzienne moja czwarta książka, a trzecia powieść, "Klejnoty rodzinne". Wstępne kroki na spotkanie z czytelnikami, mieszkańcami zakotwiczonymi pod Tatrami, już poczynione. Pozdrawiam zatem wszystkich, Magdalena Rohacka


                      















Zima w Tatrach

                                   Śladami polarnej wyprawy     Dziś chciałabym zaprosić wszystkich w podróż na zimowe krańce świata w czasa...