niedziela, 20 września 2026

Słowackie wędrówki

                                             Nieoczekiwane spotkanie                                    

                                              Hladovka 2026        

      Zdarza się, iż z utartego szlaku wypadamy nagle na inną ścieżkę i plany się posypią. I choć z początku przyjmujemy ten zgrzyt niechętnie, na nowej drodze mogą nas spotkać nie lada niespodzianki, bardzo owocne. Tegoroczny wyjazd na Słowację już we wtorek powitał nas w klinice dentystycznej. Konieczność tę przyjęliśmy z należną pokorą, ratunek wart był każdej ceny. A że pogoda sprzyjała, rozejrzałam się po ryneczku w Czarnym Dunajcu z myślą o efektownym zdjęciu. Zieleń i kolorowe klomby rzuciły mi się w oczy jako pierwsze, dopiero potem zauważyłam, że na ławce siedzi sobie jakiś pan. Zawsze jestem ciekawa nowych znajomości, przysiadłam się więc z przyjemnością. Czytam napis, z kimże to przyjdzie mi się sfotografować, a to Władysław Orkan. I otworzyła mi się w głowie szufladka, zamknięta od ogólniaka.

Spotkanie w Władysławem Orkanem, cóż z tego że nie osobiste,
skoro owocne(zdjęcia własne 2026)
    Pamięć mnie nie zawiodła, choć w liceum nie przerabialiśmy żadnego dzieła Orkana. Lukę tę nadrabiam obecnie, odnajdując kolejną postać w pochodzie zakochanych w Tatrach pisarzy i poetów. Władysław Orkan pół życia spędził jednak w Gorcach, które umiłował ponad wszystko. Czytając jego powieść "W roztokach" odnajduję znany mi z wędrówek Turbacz. I zachwyt nad Tatrami który nieustannie towarzyszy głównemu bohaterowi. Przed najwyższym szczytem Gorców Franek wraz z towarzyszkami zatrzymał się i oniemiał: "Tatry!...Stały przed nim w ogniu zachodzącego słońca - olbrzymie, krwawe...Podnóża ich zastępowała góra przeciwległa i nie widać było, skąd wyrastają. Zdawało się, że za tą górą morze się rozlewa - i one wyskakują z niego prosto w niebo ogromem rdzawych ścian porysowanych, przebijając błękit w górze ostrymi szczytami. Stały wysoko w ogniu, oblane skrzepłą krwią świecącą; była w nich skamieniała hardość i potęga, i martwa duma konających przed światem olbrzymów."(cytat z książki Władysława Orkana "W roztokach" wydanej przez Zakład Narodowy im.Ossolińskich, Wrocław 1965, str.83). Nam ukazał się podobny widok, lecz nie o świcie, jak pisał autor, krwawym, a w południe. Tatry z Turbacza owiane były błękitnym upałem. 
Jarek na Turbaczu w 2022, zdjęcie własne.
    Kiedy miłość tatrzańska złapie człowieka za serce, już nigdy nie puści. Wędrówki tymi sami szlakami po raz enty tysięczny nie nudzą, wręcz napędzają krew w żyłach. Oto bowiem już za chwilę znów otworzą się przed nami wrota raju. 
Cud Doliny Juraniowej, na który czekamy cały rok.
Skąd wyrasta Osobita?
A w żyłach tętni: pędzić bez wytchnienia asfaltem, szybciej i szybciej, potem skryć się przed upałem. W lesie który nas wywiedzie na Umarłą Przełęcz. Miał swoje endorfiny w Himalajach Kukuczka, my odurzamy się krótkim dystansem z Oravic do rozejścia szlaków przy początku Bobrowieckiej Doliny. Od wyruszenia po magię Juraniowej na przełęcz mija niecałe półtorej godziny. Krótki popas, na którym nawet nie siadam na ławce( jak wiadomo siadanie "wyciąga" siły). I moglibyśmy już schodzić, gdyby nie spotkanie z pomarańczową pięknością. 
Następne nieoczekiwane spotkanie - perłowiec malinowiec
na Umarłej Przełęczy.

Skały ściskają dolinę, zdawałoby się skutecznie...
Z bulgoczącego kociołka potoku rodzi się poezja. I naznacza coraz to nowych wyznawców. Słoneczny potok prowadzi uwiedzionych do przejścia z łańcuchami - taki przedsmak prawdziwej grozy - by łagodnie wywieść wędrowców na halę z pasącymi się owcami. Halę której stróżuje nasza ukochana Magura Witowska.
Nieustające pięknością osty i Magura, druga wielka pani Juraniowej Doliny
Któregoś wieczoru wyruszaliśmy na obchód Hladovki od strony zachodniej, zakładając, iż album z pejzażami wschodnimi zrobimy sobie w ostatni dzień pobytu. I dopisało nam widokowe szczęście, Bardzo dobrze, bo w ów piątek przed wyjazdem na Rysulówkę najpierw pogoniły nas gzy i komary a potem nadchodząca z Tatr burzowa topiel. 
Kontrast pejzażu
Z krainy ostów wyrasta Hladovka, z Rohaczami w tle
Jesienny ten pejzaż? A to przecież dopiero poczatek sierpnia
Czerwieni się już jarzębina, nie mogłam w to uwierzyć. W lewym oknie obrazka z Tatrami ukazał mi się Giewont a w prawym Kominiarski Wierch .
Pachnie jesienią w Tatrach Polskich z daleka.
W okienku z prawej strony zerka na nas Świnica.
I my zerkamy przez oprawę z wierzbownicy kosmatej.
A kiedy przychodzi noc w Hladovce śpimy upojeni wiejską ciszą, i nawet nie śnią się nam wizje Orkana. "W taką noc dziecku zbłąkanemu w lesie otwierają się skarby ukryte pod pniami; w taką noc na stromej skale tajemnego zamku siada z kądzielą zaklęta królewna i oczekując wybawienia swego, tęskno spoziera okiem na dolinę; w taką noc przy cichych stawach, przy zadumie smreków rodzą się, jak mgły z jeziora, nieśmiertelne baśnie", "W roztokach" str.206. Te mgły tańczące motają jednak każdego tatrzańskiego zapaleńca. Mój tom wierszy górski, planowany na przyszły rok, ma tytuł "Ścieżkami mgieł", a niby nic mi się po nocach nie śni...
Stacja wyciągu pod Salatinem(z lewej wejście na Skrzyniarki),
w takim miejscu wypić kawę...
Fotka z podwójnym Salatinem
W krainie wierzbówki kiprzycy
Franek z powieści Orkana nie chodził po Tatrach Słowackich, lecz jego historia obfitowała w różne tragedie. Filozof-marzyciel rozmyślał całymi dniami jak polepszyć dolę ludzi gór, którym w tamtych czasach bieda i głód  zaglądała w oczy latami. I wymyślił reformę-idęę, a jak został przyjęta? Zapraszam w tym celu do lektury. Najbardziej w "W roztokach" uderza jednak historia miłosna, to opowieść o złudach którymi karmimy własne serca, nie słuchając drugiego człowieka w najmniejszym stopniu. I swoje plany stawiając na piedestale. Z takim wichrzycielem-ideowcem(jak nie przymierzając z każdym artystą) wytrzyma tylko bardzo zakochana kobieta, zdolna poświęcić wszystko dla miłości swego życia. 
Tajemnicza podróż wśród traw...
...zarastających zejście spod Salatinu
do chatki-restauracji na narciarskim stoku, jakim jest owo zejście.
Z Frankiem łączy się jeszcze jeden wątek, nosi on bowiem nazwisko Rakoczy. Niebezpodstawnie Orkan nadał mu takie w swej powieści. Zaskakującym tłem do tego manewru była historia prawdziwych Rakoczych. Pierwszym z nich odnotowanym w dokumentach był Zygmunt, węgierski magnat, którego syn Jerzy I Rakoczy zasłynął w walkach z Habsburgami w czasie wojny trzydziestoletniej i został księciem Siedmiogrodu. Jako że skończyłam już moją opowieść o Piastach Śląskich (która również ukaże się w przyszłym roku) gdzie historia zatacza kręgi po krajach ościennych, znane mi są nazwiska przywódców węgierskich walk narodowowyzwoleńczych: Stefana Bocskaya i Gabora Bethlena. W ich oddziałach walczył Jerzy I Rakoczy, który na tyle poczuł się silny, iż po śmierci Władysława IV Wazy wysunął kandydaturę swego syna Zygmunta na tron Polski. Inny jego syn Jerzy II, urażony zapewne brakiem poparcia dla brata, wszedł w sojusz ze Szwedami. Marzyła się im aneksja Polski, na czym skorzystać miał Jerzy II. Rakoczy wbił się do naszego kraju od południa, o czym mało kto wie w kwestii potopu szwedzkiego. Wszyscy za to wiemy, jak ta wojna się skończyła. Jerzy II musiał wówczas zapłacić Rzeczypospolitej ogromną kontrybucję. Syn Jerzego II, Franciszek I, jak to wielokrotnie bywało w historii, skupił się bardziej na przetrwaniu rodu niż na krwawych walkach wzorem ojca. A jego syn, Franciszek II Rakoczy, został bohaterem narodowym Węgier jako przywódca powstania antyhabsburskiego w latach 1703 - 1711. Wynik tych walk był tragiczny, powstanie zostało zdławione a Franciszek II Rakoczy musiał udać się na emigrację. Przebywał we Francji, Polsce i ostatecznie osiadł w Turcji. 
Magiczne Tatry
Zdążamy szlakiem cudów natury.

    Nasyceni upałem sakramenckim i cudami, które zabieramy ze sobą w sercach, wyruszyliśmy z Hladovki na rodzinne spotkania w Tatrach Polskich. Tam dopiero świat przygód przyspieszył🎉



















piątek, 30 stycznia 2026

Zima w Tatrach

                           Śladami polarnej wyprawy

    Dziś chciałabym zaprosić wszystkich w podróż na zimowe krańce świata w czasach, gdy ludzie pokonywali białe bezdroża a mróz, głód i ginąca powoli nadzieja szarpały wnętrzności i łamały serce. A oni błądzili, bo pustynia, śnieżna czy piaszczysta, zawsze oznacza bezludzie. Nikt nie czekał na wędrowców z obiadem, kawą i ciepłym noclegiem. Co sprawiało, że wciąż i wciąż wyruszały nowe wyprawy, bo poszerzyć granice znanego świata a śmierć poprzedników zamiast być ostrzeżeniem, stawała się wyzwaniem? Skąd brali wiarę, że tym razem się uda? I przekonanie że warto ryzykować życie dla wypełnienia białych plam na mapie? 

Nietknięty stopą ludzką śnieg zawsze budził we mnie taką nostalgię,
że będę jak człowiek pierwotny znaczący swój ślad w pustym świecie.
A co czuli zimowi odkrywcy krain podbiegunowych, gdy jedno takie wzgórze
pokonywali za drugim, wiedząc że nigdzie nie znajdą schronienia? Nawet jeśli
szli gromadnie jak bohaterowie dzisiejszej opowieści, czyż samotność pustkowia
nie odbierała im sił bardziej niż głód i zimno?
    W grudniu 2025 wypożyczyłam z biblioteki książkę Dana Simmonsa "Terror". Znałam tego autora, jako twórcę niesamowitych opowieści o świecie Hyperiona, dlatego odważyłam się na zapoznanie z jego historią o zakończonej tragicznie w 1845 roku wyprawie w okolice Morza Baffina. Dwa statki: flagowy Erebus i towarzyszący mu Terror wyruszyły na poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego na Pacyfik, zimą utknęły w lodzie i nigdy nie wróciły do portu macierzystego. Nikt nie przeżył tej wyprawy, możemy zatem snuć jedynie przypuszczenia, co naprawdę się wydarzyło. 
Członkowie wyprawy z Erebusa i Terroru pokonywali góry i doliny lodowe,
bezdrzewne, lecz czy wędrowców po górskich terenach tajgi,
gdzie mieli przynajmniej drzewo na opał, czekał lepszy los?
Kilometry pustki i znikąd nadziei. A przecież odkrywcy z tej wyprawy to byli
w większości marynarze, którzy nie umieli polować ani nawet odnaleźć i nawiązać
kontaktu z tubylcami.
A jak radzili sobie ci odkrywcy, którym na drodze stanęły bezludne góry?
Jakąż musieli mieć odporność nie tylko na zimno i głód, ale też na upadek
nadziei, gdy zamiast ludzkiej osady spotykali takie niespodzianki na swej drodze?
    Nieodmiennie nasuwa mi się też przy takich krajobrazach nieprawdopodobne poświęcenie partyzanta, który w czasie drugiej wojny światowej wyruszył z koliby w lasach pod Spaleną, by sprowadzić pomoc dla rannych w chwili gdy kończyła się im żywność(pisałam o tym pod hasłem Słowacja 2022 Partizancka nemocnica). Przedarł się przez śniegi zalegające przełęcze wokół Osobitej należącej do pasma Rohaczy. Widoki poniższe to polska Orla Perć, poziom trudności słowackiej w niczym jej nie odbiega, lecz ów partyzant przedarł się przez najniższą część Rohaczy, zszedł do zawalonej śniegiem Doliny Chochołowskiej a potem do Zakopanego. 
Partyzant który ruszył na pomoc towarzyszom przez te przełęcze nie musiał się
przedzierać, lecz groza mrozu śniegów bezludzia, a co najważniejsze wojny, stawia
jego wyczyn na piedestale bohaterstwa. 
A górale TOPRowcy ruszyli na ratunek - przez śniegi, przełęcze. Szli ze sprzętem,
a z powrotem ciągnęli w toboganach pozawijanych rannych partyzantów. I ich ocalili...
    Nawiązuję do powieści Simmonsa nie tylko z powodu kunsztu autora, cenionego na całym świecie. Po kilku rozdziałach nasunęła mi się myśl, iż nie upłynęło jeszcze dwieście lat od śmierci dowódcy wyprawy Johna Franklina, komandora F.R.M Croizer'a a także całej niemal stutrzydziestoosobowej załogi, gdy lód na Morzu Arktycznym przestał być problemem. Dwa wieki wystarczą, by stopił się w całości - naukowcy mówią bowiem, że jest to nieuniknione w niedalekiej przyszłości. Szukanie obecnie przejścia północnego za linią brzegową Kanady dotyczyć by musiało jedynie sporządzenia precyzyjnych map wysp, wysepek, przesmyków i cieśnin. Nie byłoby zagrożenia życia niekończącym się mrozem, utkwieniem statku w paku lodowym zalegającym morze aż po widnokrąg. A potem śmierci głodowej, poprzedzonej aktami kanibalizmu, co przydarzyło niektórym członkom tej wyprawy. Jak strasznych zmian dokonaliśmy w środowisku naturalnym w tak krótkim czasie, że grozi całej planecie podniesienie się poziomu mórz o dziesięć metrów. Rośliny i zwierzęta żyjące w świecie lodu wyginą, udostępniając nowe nisze ekologiczne innym gatunkom, lecz zalane obszary nie powrócą na powierzchnię do czasu kolejnego zlodowacenia, które nie wiadomo czy na stąpi. Podobnie nie wiemy, o ile ostatecznie podniesie się poziom mórz i oceanów, a zatem możemy jedynie prognozować jak ogromne obszary czeka zagłada. 
Wszystkim zakochanym w zimowych Tatrach ku przestrodze - możemy
utracić ten raj...
...ten cud
    Z głębin własnej pamięci wyciągam obrazy codziennych szaleństw na sankach tabunów dzieci z ulicy Szczecińskiej w Gdyni. Zjeżdżaliśmy na górkach lasu Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, pędziliśmy też po nieuczęszczanej przez samochody ulicy tuż pod moim blokiem. Owszem, były tygodnie, gdy śnieg ledwo napadał, ale też przez połowę czasu każdej zimy żyliśmy białym szaleństwem koło domu - nie trzeba było jeździć w tym celu w góry. A dziś pod znakiem zapytania stoi okoliczność, czy w ogóle warto produkować sanki. Moi synowie jeszcze tej zimowej radochy na Wybrzeżu zaznali, ale wnuki zabierać będę w Tatry, dopóki króluje tam jeszcze zima.  W dwudziestoleciu międzywojennym Maria Kuncewiczowa pisała w zbiorze opowiadań "Dyliżans warszawski" o dwudziestostopniowych mrozach w Warszawie każdej zimy. Z kolei przypominam sobie też fragment opowieści Arkadego Fiedlera z rejonów puszcz amazońskich, gdy poszedł z jednej wioski tubylców do drugiej, a przed nim w wąskim błotnym rowie wędrowała ryba! Autor sam do siebie śmiał się wtedy, że już wie, co dają Polsce mrozy - brak robactwa, które włada lasami na równiku i w strefie podzwrotnikowej. Czyżby czekał nas taki świat? Nie chodzi przecież wyłącznie o koniec zabaw na śniegu. To jest drobiazg, że skończą się jazdy na sankach i nartach, że nie ulepimy już nigdy bałwana. Mogą do nas przyleźć na gościnne występy na przykład skorpiony i pozostać na zawsze. 
Wszystkie zdjęcia pochodzą z 2010 roku, kiedy przyjechaliśmy w Tatry zimą
pierwszy raz. Nie wędrowaliśmy samotnie...
...a w każdym miejscu czekało na nas schronisko
- tu zmierzamy do Murowańca.
a tu kawa i ciacho na Hali Ornak.
    Myśl taka nadal może nam towarzyszyć, lecz natura uwielbia zaskakiwać😄Styczeń 2026 przyniósł na Wybrzeżu taką zimę, jakiej nie było od co najmniej piętnastu lat. Słupsk utonął pod śniegiem, w Gdańsku po przejeździe spychacza w niektórych miejscach zniknęły chodniki - zwłaszcza po drugiej stronie obwodnicy gdzie mówi się, iż klimat jest już inny bo to prawie Kaszuby - a w wielu potworzyły się zaspy jak piramidy Cheopsa. Mrozy trwają już trzeci tydzień, a największe do 25 stopni dopiero mają nadejść. Równowaga w przyrodzie jednak obowiązuje, w drodze do Zakopanego w dniu 29 stycznia już przed Częstochową śniegu zabrakło a i w górach nie jest go na potęgę. A z drugiej strony: sławetne zlodowacenia plejstoceńskie zaczynały się przecież na północy😅
Styczeń w Gdańsku - widok z naszego okna
A tak przed naszą klatką😱
I teraz nie wiem: czy to początek zlodowacenia czy po prostu normalna zima?




środa, 3 grudnia 2025

Walizka z pejzażami

                                 Pejzaże rozświetlone

                W tym roku rozświetliły się nasze pejzaże wspomnieniami. Po dwudziestu czterech latach od ostatniego wspólnego górskiego wyjazdu spotkaliśmy, u progu tamtej codzienności, naszych przyjaciół Dorotkę i Darka. Ich córka Paulina, studentka pierwszego roku psychologii na Jagiellonce, zrobiła nam pamiątkowe zdjęcia.

Nasza wspaniała ekipa po raz pierwszy spotkała się tuż u początku Doliny
Chochołowskiej w 1998 roku💖
Cóż to były za imprezy niezapomniane, w wielkiej ekipie z biegającymi dzieciakami i grającymi w badmintona, turnieje szachowe burzyły krew a opowieści po żywym powrocie z gór z powrotem ją mroziły - jak wyprawa na Świnicę, gdy po raz pierwszy okazało się, że dziesięć lat po naszym wejściu we dwójkę oberwały się skały na szlaku i przebudowano go tak, iż powstał dalszy ciąg Orlej Perci. O czym ta część ekipy widocznej na zdjęciu, która zdobyła Zawrat od Piątki i wyruszyła na Świnicę nie wiedziała.
Do tego miejsca, początku Doliny Pięciu Stawów wspinaliśmy się z Jarkiem wiele razy,
ostatnio w 2019 roku trzy godziny... 
Przełęcz Zawrat od Piątki i Świnica, z maleńkim Jarkiem na szlaku, 2019 rok.
Tak wspinał się na Zawrat a potem na Świnicę wcinającą się w niebo
jedenastoletni Mateusz w ekipie z tatą, dwoma Dorotkami, bo i jeszcze
jedna z nami wówczas jeździła i z Darkiem.
A rok wcześniej cztery niewiasty szalone zabrały dziesięcioletniego Mateusza na Zawrat po łańcuchach - echa obu tych ekstremalnych wypraw znajdują swoje poczesne miejsce w Tajemnicach tatrzańskich. Dziś rzucam tylko garść tamtych wspomnień pod postacią naszego z Jarkiem zejścia z Zawratu po łańcuchach w 2019 roku, gdzie świadomość, iż zdobyłam już całe Rohacze-słowacką Orlą Perć - w niczym mi nie pomagała.
Z góry ten Zawrat nie robi należytego wrażenia, dopóki nie ujrzy się
takiego obrazka jak poniżej...
Ach ta młodość wyciągnięta z walizki wspomnień, a może głęboko w niej ukryta?
Dobrze że targam wciąż ze sobą tą walizę😉
Odległość między żoną i mężem w tym pionie sytuacyjnym do zera
redukowała kwestię asekuracji, wsparcie psychiczne było bezcenne.
Powiedzieć, że w górę lżej się wchodzi po łańcuchach, to powiedzieć prawdę. A jak się do tego doda zwiewną młodość z tamtych dni, to ani sińce nie stanowiły problemu, ani brudne niemiłosiernie od ściskania pordzewiałego łańcucha ręce. Ach, walizko moja kochana, dobrze że cię mam...I wciąż upycham nowe pejzaże rozświetlone...
Dramatyczność tamtych wyzwań zamieniliśmy od kilku lat na spacery z magią w tle.
I niech nikt nie myśli, że w czymś zmienia to tę miłość.
Zmieniła się tylko perspektywa...i trawa urosła pod stopami.
A wnikliwy obserwator złapie nawet w oko aparatu taką piękność-
goryczka trojeściowa.
Odkąd odkryliśmy, iż z Butorowego Wierchu, na który przykładnie wjeżdżamy wyciągiem, można zejść na Prędówkę z takimi widokami, zamiast w lesie bez Tatr - to nieustająco tędy zdążamy. A nawet w zeszłym roku wdrapaliśmy się z Rysulówki😅
Apogeum na pożegnanie, na start!
Baza pod Rohacze😆to te szczyty nad dróżką i lasem...
I przygrywka jesieni - tak to jest, jak się jeździ w Tatry w sierpniu.
"Kobierzec pod Tatrami" przyłapałam latem w zeszłym roku, a w tym zimą rozświetlił mi się... "Kotwicą". 
Nie było lato w tym roku zbyt upalne, a trawa w kobiercu pod Tatrami
 i tak się przysmażyła.
Moja magia...
Majestaty
Zwykły sobie spacer a nałowiłam tych pejzaży, że waliza pełna. Dobrze tak sobie popatrzeć, jak za oknem króluje piąta pora roku, najbardziej znienawidzona przez wszystkich - zgnilizna powietrza nękająca świat.
Gdzieś mi się zapakowały te obwarzanki obrazki.
I nawet wiem gdzie.

Od kilku dni trzymam już w rękach moją pierwszą książkę poetycką "Pejzaże liryczne". Zapakowałam tam nie tylko "obwarzanki obrazki" - zapraszam wszystkich chętnych, by powędrować ze mną lirycznymi ścieżkami wśród pejzaży życia.
Spotkanie autorskie w Gdańsku odbędzie się
w Bibliotece Filia Kokoszki w lutym,
 w Słupsku również w lutym
A same Pejzaże są dostępne w Wydawnictwie
Czerwony Pająk.
Pozdrawiam wszystkich, którym czasem
takie błędne ognie są potrzebne...


 

Słowackie wędrówki

                                                        Nieoczekiwane s potkanie                                                            ...