środa, 22 stycznia 2025

Zima w Tatrach

                      Szlakami legend tatrzańskich - zima 2025

    Zimowe wyprawy sprzyjają snutym później przy kominku opowieściom. I to nie tylko w Tatrach. Cóż robić mieli nasi przodkowie, gdy po piętnastej już było ciemno? Po wsiach chłopi rozpalali ogień tylko w kuchennym piecu a ten światła nie dawał, a jeszcze dawniej gotowali na zwykłym palenisku. Jeśli mieli co do garnka włożyć. Piece kaflowe były luksusem, który pojawił się stosunkowo niedawno. Kiedy zatem zapadała ciemność życie wiejskie dogasało, za wyjątkiem karczmy, gdzie też nie każdego było stać, by się zabawić. Grzali się zatem pod pierzynami i zanim posnęli, opowiadali sobie najprzeróżniejsze historie. 

Dolina Kościeliska-Hala Pisana
zdjęcia własne styczeń 2025
Czerwone Wierchy ze Staników Żlebu, w centrum Kocioł Doliny Mułowej
czyli Krzesanica-tatrzański biegun zimna
Majestatyczny Giewont z Przysłopu Miętusiego
    W czas naszego tegorocznego zimowego wyjazdu w Tatry, z wnuczkiem Robercikiem i jego rodzicami, przypomniały mi się dwie legendy tatrzańskie. I pomyślałam sobie, że warto podzielić się ze wszystkimi, których te góry urzekły moją ich wersją. A co jest podstawą każdej mitologii? Najstarsza opowieść o powstaniu danego świata. Opatulcie się zatem ciepło, zgaście elektryczne światło i zapalcie świeczkę. I posłuchajcie.

                                 Jak powstały Tatry

    Kiedy Pan Bóg rozdzielił już światło od ciemności, stworzył gwiazdy i planety, pomyślał, że smutno mu w pustym kosmosie. Upatrzył sobie zatem jedną, w błękitach i bieli, kulę obiegająca nie całkiem ogromną gwiazdę. I jak rzeźbiarz zaczął tworzyć na niej fantastyczne światy. Najpierw morza i oceny oddzielił od lądów. A gdy w wodach zaroiło się już od ryb, umyślił sobie najróżniejszymi zwierzętami obdzielić nowe krainy. I tak na jednym kontynencie majestatycznie zaczęły wędrować słonie, żyrafy szyje długie wyciągały do wysokich drzew, mnóstwo antylop i gazeli padać musiało niestety łupem drapieżców, z których lew był największy. Na innym kontynencie znów tygrysy panowały pasiaste, lecz że tam zimno jakieś srożyło się, zwrócił więc Pan Bóg swe oblicze na malusieńki kontynent do tego wielkiego przyklejony.

Dokąd odpływa Kominiarski Wierch, któż to wie?
Odpoczynek na ławce pod Zawiesistą Turnią, dziadek czeka na babcię😎.
Do Zahradzisk
I zachwycił się krainą, którą tu stworzył. Od zimnego Bałtyku na południe popłynęła szeroka nizina żyzna, obfita w zwierzynę lasy i jeziora. Rzeka dumna Wisła przez jej środek przepływała. Aż gdy teren pięknie pofalował się i skałkami wapiennymi zasiał, zmęczył się pracą Pan Bóg. Sobota dobiegała już południa, a że niewiele pozostało do zakończenia budowy tego pięknego świata, poprosił towarzyszącego mu anioła, aby go zastąpił przy prostej robocie. I zdrzemnął się pod pachnąca polną gruszą. Anioł dziarsko zabrał się za budowę, zakasał rękawy. Dwie godziny później stworzyciel świata obudził się i...jak nie wrzaśnie, rękami złapawszy za swą siwą głowę: Co to jest?! Cóżeś ty mi tu, nicponiu jeden, wyczynił?! 
Anielska robota😇
po lewej Tatry Wysokie ze ściętym wierzchołkiem Świnicy
Majestaty tatrzańskie
Giewont i Czerwone Wierchy
A po prawej nad lasem Rogate Góry...czyli słowackie Rohacze
Przed boskim obliczem widniały dzikie skały pnące się w górę, że okiem nie sięgnąć; poszarpane szczyty tnące chłodnymi zębiskami niebo; taki ogrom górzysty, że tylko siąść i płakać. Wystraszony anioł łzami się zalał i wyjąkać zdołał jedynie, że zbudował to, aby ludzie mieli bliżej do Boga. Udobruchał się trochę stworzyciel na widok tej skruchy i rzekł niesfornemu słudze swemu: A pomyślałeś, co oni jeść tu będą? Kamienie czy scherlałe krzaki? Ani tu jezior z rybami, ani miejsc na pola złociste. Oj, nabroiłeś. A teraz odejdź, naprawić muszę, co się jeszcze da. 
Z Butorowego Wierchu zejść można do kapliczki na Prędówce przez las albo tą polanką.
Mój urok tatrzański
Pierwsze po lewej maleńkie ośnieżone zęby to słowackie Tatry Bielskie-
mały jest ten świat a tyle w nim cudów...
I jak myślicie mili moi, cóż takiego uczynił Pan Bóg z tym surowym a tak pięknym światem? Jednym ruchem ręki mógł go zniszczyć, lecz tego nie zrobił. Zapatrzył się długo w skalne urwiska i skrywające swą piękność doliny, wsłuchał w muzykę wiatru i tę ciszę, której nigdzie indziej nie ma na świecie. I stworzył górala, człeka mocnego i odpornego na trudy życia w tak niegościnnym świecie. Wiedział, że zniesie on wszystko i nigdy tych gór opuści. A jeśli będzie musiał, nic tylko tęsknić będzie po wsze czasy... za swymi wierchami, halami, srebrnymi taflami zimnych stawów. Dziwnym tylko wydawać się musi dziś utrudzonemu Stwórcy, że niegórale też tak cierpią oddzieleni od cudów, którym pozwolił przetrwać. 
Te same Tatry Bielskie spod kapliczki na Prędówce
I Majestaty...
Gdyby ktoś miał wątpliwości, co się dzieje z niegóralami
pod Tatrami - taka podmianka, Madzia Tatrzanka😄
 
    W pięknej scenerii tatrzańskiej rodziły się nie tylko legendy, zauroczeni malowali te pejzaże jak Leon Wyczółkowski, poeci pisali wiersze(o kolejnym mistrzu wierszy górskich Janie Kasprowiczu napiszę osobną opowieść). Pod dyktando napotkanej po drodze z Przysłopu Miętusiego tajemnicy ujrzałam "Oczy ciszy", które znajdą się w wierszowanej mini trylogii "Zakochani w ciszy".
W krainie mroku
Skąd wychodzimy na spotkanie niepokojących strażników mostku nad Miętusim
Potokiem przy Zahradziskach
I odrobina poezji...
Królewska świta-strażnicy tajemnic
Na ostatniej z letnich wędrówek zeszłego roku złapała mnie w sieć(ciekawe dlaczego mnie wszystko kojarzy się z morzem?😂)polana pod Majestatami. I od razu wiedziałam, że to "Kobierzec pod Tatrami". Zimą też tu trafiliśmy...i tak powstała "Kotwica": "Wyścieliły się pod koronami Tatr gobeliny bieli. Strażnik Śpiących Rycerzy omiata spojrzeniem ścieżki w polach śnieżnych wydeptane przez utrudzonych wędrowców...". Wiersz jest długi, trafi zatem w całości do mojego tomiku górskiego "Ścieżkami mgieł". 
Gobeliny bieli pod Tatrami, a latem barwny kobierzec
W oku Tatr
Nawet jakby człowiek nie chciał się zakochać, na takie oko magii nie może nie odpowiedzieć.
A ledwo wyjdzie z domu na Rysulówce i już tak dostaje po oczach. I jak tu nie pisać wierszy?
Chyba to jakieś wejście do magicznej krainy, nieskażonej ludzką stopą fontanny zimy😀
    Zamierzałam opisać jeszcze legendę o powstaniu Morskiego Oka. Zajrzałam więc do książki dla dzieci "Klechdy domowe", którą czytałam dawno temu(i za dziecka również)i zwątpiłam. Legenda ta jest tak makabryczna, że jej nie przytoczę - coś odwrotnego do naszej Wandy, która nie chciała Niemca. Ta panna zechciała obcego, węgierskiego pana(Spisz przez wieki należał do Węgier)wbrew woli ojca. I o tym co ów ojciec zrobił jedynej córce i jej rodzinie, gdy się o tym dowiedział, możecie przeczytać w owych Klechdach sami. Jest to przepięknie ilustrowana, w sposób stylizowany na miniatury średniowieczne, książka wydana nakładem Naszej Księgarni w Warszawie w 1973 roku, wyboru legend dokonała Hanna Kostyrko - obecnie zapewne biały kruk, dostępny jedynie w bibliotekach. Stworzę zatem osobną stronę Zakątek legend a pierwszym wpisem będzie za jakiś czas legenda o Sobanku i płanetniku. Płanetnicy są mi znani z Pomorza, nawet nie wiedziałam, że grasowali też pod Tatrami😅





sobota, 14 grudnia 2024

Kolejne lata w Tatrach

                                   Tatry 2024 Kobierzec

        Trzeba wykorzystać porę zmierzającą do zimowej, dzisiaj w Gdańsku od miesiąca pierwszy raz pojawił się przymrozek😆i zarzucić sieć letnich wędrówek tatrzańskich, może ktoś się w nią złapie. W tym roku wielkich wypraw nie robiliśmy, ale też przy sprzyjającej pogodzie wycieczki mieliśmy niemal codziennie(pogoda latem w Tatrach to coroczna zagadka, w zeszłym towarzyszyła nam zimnica, a w tym jakby się odmieniła). 

Stąd zaczynamy codzienność wycieczek - Rysulówka w cieniu Giewontu.
Wystarczy przejść się na lody jedną uliczką wyżej, by załapać się na odległe majestaty Kominiarskiego Wierchu.
A któregoś dnia wyruszyliśmy do Chochołowskiej Doliny - to sam jej początek, jeszcze przed parkingiem.
    Starzy wyjadacze rohaccy niejedno ekstremum mają już za sobą, a zatem teraz możemy lubować się w rejsach po prostym😄Przybliża się już czas wydania mojego górskiego tomiku wierszy, mogę więc zdradzić tę tajemnicę, iż jedna z naszych rohackich wypraw nosi właśnie tytuł "Rejs na Pacholą". Niech nikt nie wierzy, że po Tatrach pływać się nie da, nawet to jest możliwe😀
Jakimś cudem, nawet w późniejszej godzinie, asfalt prowadzący do tajemnic Chochołowskiej
był całkiem pusty. A kiedy posadzono te choinki, sięgały nam może do kolan,
Pod skałką początku Lejowej Doliny robiliśmy też zdjęcia zimą.
A najpierw pokonujemy mój ukochany mostek.
    Spacerkiem z Rysulówki wybraliśmy się w kierunku Chochołowskiej, na kawę i szarlotkę do pani Hanusi, którą znamy już chyba z piętnaście lat albo więcej. Podejście asfaltem do wejścia do parku wydawało się nam nudne, a tymczasem wystarczy zatrzymać się tylko na chwilę, żeby przekonać się, że to właśnie stąd widać rozłożystość Tatr. Im wyżej wchodzi się doliną, tym bardziej chowają się aż do samego jej końca, gdy ujawniają zupełnie inne oblicze. My skręciliśmy w lewo na pustą i cichą drogę pod lasem do Lejowej - naszą stałą trasę spacerową latem i zimą. 
I taki sobie znalazłam uroczek, puszek przekwitłych ostów? Za każdym razem znajduję coś nowego, choć niezmiennie lubię mostki, zanim wyjdzie się na nasz zimowy stok Biały Potok.

Nasza górka narciarska, wysokość nieskomplikowana a dla nas raj.
Na ostatnią wycieczkę tatrzańską lata 2024 wyruszyliśmy z buta asfaltem w górę na Butorowy Wierch. tym razem jednak skręciliśmy przed lasem by dotrzeć tam inną drogą. 
Trzeba się trochę namachać, żeby się tu wdrapać, ale warto - a ludzie tu mieszkają i mają to na co dzień.
Rozłożystość Czerwonych Wierchów i strażnik Zakopanego - Giewont
I małość Tatr - z lewej widoczne Tatry Bielskie, którą są już po stronie słowackiej.
Odkąd zimą 2019 roku odkryliśmy podejście na Butorowy Wierch, a także jego malowniczość, rokrocznie tu zmierzamy i nigdy się nie nudzi, dziwne. Może dlatego, że widok obejmuje Tatry od wschodu na zachód - taka panorama. A przede wszystkim dlatego, że jest nierozpoznany przez ciągi turystyczne - tu króluje cisza i spokój z Tatrami w tle. 
Tegoroczne odkrycie - ślaz czyli dzika malwa
A za chwilę jesteśmy już pod lasem i skręcamy do krainy magii.
Odkąd odkryłam powyższy urok, zimą chyba dwa lata temu, obiecuję sobie, że coś mi się tu wykluje, jakieś opowiadanie. A jak na razie walczę z opowiastką, która miała być osobną bajką pt. "Srebrna skrzynia". Coś mi się zdaje jednak, że podzielę ją na części i trafi do mojej książki dla dzieci "Spójrz w lusterko". Kiedy powiedziałam mamie Sary, że taką napiszę, Sarcia miała dziesięć miesięcy. Dziś ma pięć i pół roku a książka wciąż w rozsypce. Nic to, w przyszłym roku kończyć będę śląską epopeję piastowską i w ramach odreagowania zabiorę się za owo Lusterko. I może ten widoczek złapie się w sieć tej opowieści.
Magia Tatr


W tym miejscu stanęliśmy pierwszy raz, na kobiercu pod Tatrami. I taki wymknął mi się z głowy Kobierzec. 
A my pomknęliśmy na spotkanie przygody, kolejnej magii. Nagrodą za cierpliwość są takie fioletowe uroczyska Tatr utopione w złocie i błękicie.
Tak się zapamiętać...
z Tatrami
A sam Butorowy też mnie na tej ostatniej letniej wyprawie 2024 zaskoczył, choć wędrowaliśmy tu już tyle razy.
Ach, gdybym umiała malować...
I już czas pożegnać się z Butorowym...by zobaczyć się w styczniu 2025😃To już niedługo, za miesiąc wędrować będziemy tędy w zupełnie innej aurze. A do następnego lata już tylko siedem miesięcy, zleci😍
Ze Świnicą w tle...
I z naszymi Rohaczami...do zobaczenia za miesiąc😊

poniedziałek, 25 listopada 2024

Kolejne lata w Tatrach

                      Skrzydło Kościelca, Tatry Wysokie 2024

        Trzy lata temu wybraliśmy się z Kasprowego na Świnicę, w osławionej wspólnymi przeżyciami z rodziną naszych przyjaciół Madzi i Dawida burzy z piorunami w tym rejonie Tatr. W zeszłym roku z Kasprowego pomknęliśmy na Przełęcz pod Świnicą, po czym nie aż tak dzielnie zeszłam do Zielonego Stawu(upał zamierzał mnie zabić na tym zejściu, ale się nie dałam😅). A w tym wyruszyliśmy już tylko na Przełęcz Liliowe, by stamtąd ścigać uroki Tatr zaklęte w czarze Zielonego Stawu "tkwiącego" od tej strony u stóp Kościelca. A że wszystkiego tego dokonaliśmy, wjeżdżając na Kasprowy wagonikiem PKL, uznać można iż ta forma korzystania z udogodnień TPN stała się naszą tradycją.

Pierwszy oddech gór po opuszczeniu budynku stacji na Kasprowym
Drugi oddech na drugim pagórku. W przyszłym roku wyruszymy w przeciwną stronę na widoczne
po lewej Czerwone Wierchy.
Z magią Rohaczy w oddali
Ok, mąż obfotografowany😂
I za każdym razem dziwiłam się, że choć wagonik po brzegi pełen ludzi, kiedy tylko wychodziliśmy z budynku stacji na szczycie sznur turystów zamieniał się w dwie tylko konkretne osoby😂Kogoś zapewne minęliśmy w drodze na Beskid, a na zdjęciach pustki w Tatrach. To jest właśnie potęga poranka, byliśmy na Kasprowym w tym roku przed dziewiątą. Jak na wyjście na szlak w górach zdecydowanie za późno a stąd dobry czas na wędrówkę szlakiem ciszy. 
Srebrna tafla Zielonego Stawu
Widok z trasy z Kasprowego na Przełęcz Liliowe, dokładnie w takiej samej aurze, pochłonął mnie, gdy ujrzałam go po raz pierwszy w życiu - był to chyba rok 1987. I od tamtej pory trzyma mocno, mknę w tę przestrzeń ku srebrnym taflom, ścigając się z dzwonami górskiej ciszy. Wiersz pojawił mi się w głowie bardzo szybko, jak widać jednak z daty, ostatecznie zapisałam go miesiąc po powrocie z tegorocznej wyprawy. Z Beskidu o tej porze niewielu ludzi wybiera się w dalszą wędrówkę ku Tatrom Wysokim, nadal zatem towarzyszyła nam muzykantka tutejszej przestrzeni, Jaśnie Górska Pani Cisza.
Beskid za nami czyli Kasprowy już schowany
A wkrótce pożegnamy też widok na Rohacze i Czerwone Wierchy
by powitać zejście z nagrodą czekająca na nas pod Skrzydłem Kościelca.
W tym miejscu, gdzie Jarek stoi, Paweł fotografował swoje odkrycia, schodząc z Liliowego
dziesięć lat temu. 
Ku mojemu niemiłego zaskoczeniu szlak z Przełęczy Liliowe w dół okazał się nieprzyjemnie stromy, dlaczego w pamięci funkcjonował mi jako lekki łatwy i przyjemny? Pewnie dlatego, że schodziłam tędy ostatnio o dziesięć lat młodsza😅 a podejście tędy jest niewymagające. Musiałam zwolnić i uważać na kamienie-stopnie, zamiast napawać się nadchodzącym rajem, którego nie mogłam się doczekać. 

Raj traw już się rozpoczął. 
I nadpłynęło Skrzydło Kościelca.
Ach, ty mój Zielony Stawie pełen magii
Muszę się kiedyś wybrać nad tę "czarę z bukietem fioletu dzwonków" i "złote wyspy nadrzecznych starców, co się wyśniły nad szmaragdów stawem tajemnic pełnym" na tak długo, by usiąść w zgodzie z dawną królową Tatr, ciszą. I chłonąć. "Skrzydło Kościelca zawisło tam tylko na chwilę" - cytaty pochodzą z wiersza "Przestroga", który odczytałam na spotkaniu literackim w Słupsku "16.16" we wrześniu. 
Starce nadrzeczne są
puchary fioletu dzwonków też.
Popełniliśmy jednak wielki błąd, sugerując się pogodą na dzień tej wyprawy i bagatelizując fakt, iż była to sobota. Nie wyminęło nas wielu ludzi o tej porze, lecz krzyki rozochoconej młodzieży schodzącej za naszymi plecami były po prostu niszczące. Nie można się tak zachowywać w górach, są one dla wszystkich, a nie tylko dla beztroskich krzykaczy. Przede wszystkim cisza jest przyrodzonym przywilejem mieszkańców parków narodowych, a turyści zwłaszcza poranni nie idą w góry na poszukiwanie hałasów Krupówek. Na szczęście grupki młodzieży popędziły w dół i do złączenia szlaków dotarliśmy w spokoju. A stamtąd wyrwaliśmy nadal lekko i przyjemnie w górę do mojego drugiego raju tego dnia...Zielonego Stawu.
Zielony Staw ukrył się, za to Świnica znacznie
zwiększyła swoje rozmiary.
Kolejny szlak doprowadza nas do mojego ulubionego przejścia przez strumień.
A lat temu, oj dwa przed końcem poprzedniego tysiąclecia😂, płynęła tędy w lipcu rwąca zimna rzeka.
I oto mój kamień przy Zielonym Stawie💚
Dotarliśmy nad Zielony Staw około godziny jedenastej i wciąż jeszcze zalegał w moim zaczarowanym miejscu spokój. Zjedliśmy tu zatem jeszcze w ciszy, by wyruszyć na drugą część naszej wyprawy - wspinaczkę dnia😉Podejście do Karbu jest dla mnie jakby za każdym razem lżejsze, chyba dlatego, że nauczyłam się dzielić go na etapy psychiczne. 
Pożegnanie z Zielonym Stawem do przyszłego roku
I przywitanie z podejściem na Karb
Pojawia się staw Kurtkowiec a Zielony zamienia się w jadowity szmaragd.
Skrzydło Kościelca chyba zamierza się złożyć.
Na ostatnich metrach kamieniska pod samym Karbem przysiadłam na chwilę, nie tylko ze zmęczenia. Otóż zmierzają tu we wszystkich kierunkach sznury ludzi, ciężko się wyminąć. I co jest dziwne, a godne zaznaczenia, owe "żywe pociągi" nie niosą ze sobą jakiegoś strasznego hałasu. Na Karbie siadam zdecydowana odpocząć dłużej - czyli może z pięć minut, bo jest tu bardzo ciasno.
Jeszcze chwila i Karb...z rozległą odsłoną na Tatry
Siedzę na Karbie😀
O tak
W którym miejscu Jarenty zrobił to zdjęcie?
Bo to jest chyba, kiedy już pierwszą górkę Małego Kościelca mieliśmy za sobą.
Stromizna podejścia z Karbu na Mały Kościelec nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia jedynie za pierwszym i drugim razem - czyli w odległych latach, gdy jeszcze latały pterodaktyle😱Nie, przecież ten drugi raz byłam z dziewięcioletnim Mateuszem😂Każde kolejne podejście na skałkę wyrastającą pionowo z Karbu, ale niewysoką, sprawia że zaczynam wątpić w siebie. Tym razem wdrapałam się bez większych emocji, za to co spotkało mnie dalej, to klękajcie narody. Od 2017 roku trzęsą mi się tu nogi. Da się to jednak wytrzymać, gdy nie trzeba mijać się z miliardem turystów na wąskiej ścieżynie Małego Kościelca, gdzie z obu stron  czyhają na nas takie przepaście, że nawet nie ośmielam się spojrzeć w dół, tylko błądzę wzrokiem po horyzoncie. O przepraszam, tu nie ma horyzontu😆
A jak ja zrobiłam to zdjęcie, skoro nogi mi się trzęsły, 
a zęby latały, że omal ich nie pogubiłam? 
Za to szmaragd Czarnego Stawu Gąsienicowego ma w sobie moc.
Hm, to niemożliwe, żebym tu się śmiała.
Katedra Kościelca
Nie widać tłumów za mną, bo od mojej przyjaciółki Gosi dowiedziałam się, 
że można osoby usunąć - sama na to nie wpadłam.
Na Małym Kościelcu z naprzeciwka nadchodziło tak dużo ludzi, że w połączniu z tymi, którzy sobie tutaj siedzieli i trzeba było ich wymijać, nogi mi się trzęsły ze strachu. Ten grzbiecik nie jest w Tatrach żadnym ekstremum, ale potknąć się i polecieć w świat na dole to tylko chwila. A jeszcze przecież wymijali mnie ludzie z tyłu! W jednym miejscu, gdzie było trochę szerzej, leżał płaski kamień pochylony "w kierunku" Zielonego Stawu😨Z przeciwka dziarsko podążał w moim kierunku młodzieniec w trampeczkach, zdążyłam pomyśleć tylko, że wyminiemy się właśnie na tym kamieniu śmierci z poślizgu. Postawiłam tam lewą nogę, bo nie było innego wyjścia, zagryzając zęby, żeby nie zlecieć. Nie spadłam, skoro to piszę, ale od tamtej chwili na Karb wybieram się wyłącznie w dzień powszedni i to najlepiej w czerwcu przed wakacjami. Emocje jednak dopiero miały się zacząć.  Schodzenie z Małego Kościelca to pion total, ze dwa razy zatem usiadłam zatem i zjechałam o kamień czy na dwa na pupie. Na szczęście nigdy tędy nie wchodziłam, niosłam zatem należytą pociechę tym  biedakom, którzy popełnili ów błąd. A śmiechu było z tego: fajnie jest; że też człowiek nie został dziś w domu - obśmialiśmy się wszyscy. 
Od tej skały już wiem, że choć jeszcze spory kawał do stawu, to stromizna niedługo się skończy.
I o to chodziło.
Jeszcze tylko ten kamieni świat
I szmaragd Czarnego Stawu zamienia się w granat.
Nie pamiętam, ile mi to zejście zajęło, najmniej czterdzieści pięć minut. Chwila na złapanie oddechu i pędzimy na spotkanie rzeki ludzkiej płynącej nad Czarny Staw Gąsienicowy nieprzerwanie zapewne od dziesiątej rano. Tu dopiero trzeba patrzeć pilnie pod nogi, nikt bowiem z idących w górę na nikogo nie zważa i można zwyczajnie zderzyć się z kimś. Opowieści zaś co się dzieje pod samym Murowańcem pozostają niezmienne. Zjedliśmy po batonie i dalej w drogę. Z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że dwa tygodnie przed wyjazdem w Tatry złamałam sobie palec u lewej ręki, dopiero po zdjęciach mi się przypomniało. I na tej stromej ścianie przytrzymywałam się nią - a potem trzeba było tydzień dłużej sklejać palce plastrem, żeby się ten jeden dobrze zrósł. 
Do zobaczenia za rok, Halo Gąsienicowa💝

I jeszcze jedna uwaga - wierzbówka kiprzyca już przekwitała. Górale skwitowali to jednoznacznie: wierzbówka przekwita, zaczyna się jesień. A to był koniec lipca. Pory roku zmieniają swoje czasotrwanie, czy to oznacza, że aby zobaczyć ją w Tatrach zawsze trzeba będzie jeździć w lipcu? Zobaczymy w przyszłym roku. 













Zima w Tatrach

                       Szlakami legend tatrzańskich - zima 2025     Zimowe wyprawy sprzyjają snutym później przy kominku opowieściom. I to n...