poniedziałek, 17 czerwca 2024

Poeci i pisarze dla Tatr

                         Podróż w Tatry dwieście lat temu

    Historia fascynowała mnie od zawsze. W podróży przez czas do Tatr odległych raptem o dwieście lat odkryć możemy świat tak odrębny od naszego, że tylko owe granitowe majestaty pozostały takie same. Jakiego jednak użyć wehikułu czasu, by podróż się nam udała? Na razie nie sięgam głębiej, niż do Seweryna Goszczyńskiego, którego postać opisałam w pierwszym wpisie na stronie Poeci i pisarze dla Tatr. 

Seweryn Goszczyński, domena publiczna.
    Po upadku powstania listopadowego Seweryn Goszczyński przebywał dłuższy czas w Galicji i gościł się u rodziny Tetmajerów. Z Tarnowa wyruszył w wymarzoną podróż do Tatr, którą opisał w powszechnej wówczas formie, jaką były dzienniki(dziś nazwalibyśmy to dzieło po prostu pamiętnikiem). Podróż pisarską do Tatr rozpoczął 4 kwietnia 1832 roku ze wsi Mikołajowice. Kiedy wyruszyłam razem z nim w "Dzienniku podróży do Tatrów", opublikowanych po raz pierwszy w 1853 roku w Petersburgu, odkryłam zupełnie inny od dzisiejszego świat. 
Widok z Trzech Koron na Tatry w kierunku zachodnim,zdjęcia z 2009 roku. 
W swojej podróży ku Tatrom w 1832 roku S. Goszczyński zatrzymywał się
w wielu wioskach na Podhalu i taki widok ukazywał się jego oczom.
Był też Goszczyński w rejonie Bukowiny i takie same Tatry w śnieżnej
pokrywie oglądał(zdjęcia robiłam w połowie kwietnia 2009r). Z lewej
strony widać Tatry Bielskie.
Z czerwonym dachem widoczne termy w Bukowinie. W XIX wieku
na całym Podhalu królowały przepiękne chaty góralskie, których żywe
nieomal eksponaty funkcjonują nadal jako domy mieszkalne
w Chochołowie.
    Pierwszym faktem, który odziera nas dziś z nadmiernej pewności siebie, jest brak Polski pod Tatrami w 1832 roku. Granica Węgier z Austrią przebiegała na Dunajcu, pomimo iż oba kraje stanowiły jedno mocarstwo Austro-Węgry. Z rejonu Mikołajowic na Podhale Goszczyński przejeżdżał przez osady niemieckie, których dziś nie uświadczymy. Język polski był wówczas jedynie językiem prostego ludu oraz inteligencji, która na tych terenach polskość krzewiła. Aby porozumieć się z władzami tych terenów wymagana była znajomość języka niemieckiego. A że "Dziennik podróży do Tatrów" napisał powstaniec listopadowy wielokrotnie padał w tekście przymiotnik: polski. Cenzura zapewne nie była zbyt ścisła, skoro przepuściła takie określenie na swoją ówczesną własność.
Widok z Przełęczy Szopka na Tatry. Goszczyński podziwiał je z ruin zamku
Czorsztyn.
Druga fala inności tego nie tak odległego w czasie - jeśli spojrzymy na tysiąc lat istnienia Polski, choćby przez 123 lata tylko w sercach ludzi - świata to cywilizacja bez prądu. Nocne niebo rozświetlone tylko migotaniem gwiazd i księżycem, gdy łaskawie raczył wyłonić się zza chmur. Sadyb ludzkich na ziemiach polskich nie było dużo - w połowie XIX wieku populacja Polaków liczyła sobie około siedemnaście milionów. Nie istniały łuny miast - światła gaszono w nich o dwudziestej drugiej, by zapobiegać pożarom od pozostawionych na noc świec, gdyby gospodarze przysnęli. Temu celowi służył specjalnie opłacany przez miasta strażnik - chodził po ulicach i głośno nawoływał (jak wiele razy powiadała mi mama): "Już dziesiąta na zegarze gaście światła gospodarze". A we wsiach ludzie chodzili spać z kurami, bowiem tak bezcenny nabytek jak świece kupowano bardzo rzadko i tylko jako wotywne do kościoła. Po zapadnięciu zmroku ciemności były więc niemal egipskie. A przecież brak prądu oznaczał nie tylko brak żarówek. Oprócz wszystkich urządzeń ułatwiających nam życie i dostarczających zabawy, bez których moglibyśmy się na upartego obejść, drastycznie dotknąłby nas brak bieżącej wody. Mycie codzienne to zdobycz współczesnej cywilizacji, wówczas ludzie obawiali się nawet zwykłego przeziębienia. Każde mogło skończyć się śmiercią w razie powikłań, a medycyna stała wtedy na etapie ziołolecznictwa i niczego innego. A że nie było też kanalizacji, brud panoszył się wszędzie i choroby atakowały ludzi nawet bez przeziębienia. I pomimo tych wszystkich niedogodności z naszego obecnego punktu widzenia ludzie radzili sobie, cieszyli się życiem i podróżowali po krainach dla nich tak egzotycznych, jak dla nas mogą być światy w kosmosie.
Widok na Tatry Słowackie z Velky'ego Slavkova. Kieżmark położony 
jest dalej na południe, lecz ten sam widok ujrzeć musiał Goszczyński
w swej podróży do Tatr - za wyjątkiem kolei, które jeszcze nie istniały.
Zdjęcia z 2013roku
Łomnicę również widział z Kieżmarku - tu z wysokości Strebskiego Plesa.
Na jej szczycie zbudowano w latach 1936 - 1940 górną stację kolejki linowej
oraz Instytut Hydrometeorologiczny a w latach 1957 - 1962 postawiono
obserwatorium astronomiczne. 
    Seweryn Goszczyński dotarł w swej tatrzańskiej podróży aż do Kieżmarku, lecz nie wiem, czy poznał legendę o Beacie Łaskiej(napisałam o tej księżnej na stronie Zamki, skanseny i inne atrakcje). Zwiedził Dolinę Kościeliską, ale w takich mgłach, że przesłoniły mu jakikolwiek widok. Wspiął się też do Doliny Pięciu Stawów z Łysej Polany, podziwiając po drodze Siklawę. W tym miejscu oddam głos autorowi Dziennika. "Lecąca woda, połamana, pokłębiona, wrząca, zdaje się być tylko pianą i brylantami. Rodzi się z niej wieczny deszczyk i zlewa pobliższe miejsca"( Dziennik podróży do Tatrów, Zakład im.Ossolińskich, Wrocław-Kraków, 1958 rok, strona 200-201). Pisał też Goszczyński o tęczach, które rodzą się w pędzącej w dół w Siklawie, nie było mu jednak dane ich ujrzeć. A nam się udało. 
Pędząca w dół Siklawa
Siklawa z tęczą, 2013 rok.
 To była najdłuższa tatrzańska wyprawa autora Dziennika - z Piątki zwanej wówczas Pięciostawami wyruszył(wraz z kilkoma towarzyszami)na Świstówkę. Ku memu zdumieniu pan Goszczyński zbezcześcił jedno z mniejszych stawów doliny i się w nim wykapał - jak to nazwał, chciał "niby ochrzcić się jako dopuszczony już do tajemnic Tatrów"(Dziennik j.w. str.203). Kąpiel była krótka, bo woda straszliwie zimna, ale dla nas - nauczonych, że dłoń i owszem zanurzyć w bezcennych stawach TPN można - taka kąpiel to świętokradztwo(pomijając fakt, że zabroniona). Autor Dziennika był jednak bardzo dzielny i jako pierwszy ze swych towarzyszy parł do przodu, zostawiając resztę w tyle, czym wprawił w podziw górali przewodników. Do Morskiego Oka dotarli około osiemnastej, i tu również ku memu ogromnemu zdumieniu, nie zrobiło ono na poecie wrażenia, bowiem uprzednio zachwyciły go Pięciostawy. Omal nie padłam, gdy to przeczytałam. Morskie Oko jest dla mnie bowiem cudem wśród cudów tatrzańskich. Dolina Pięciu Stawów owszem poraża swym ogromem,  nie ma jednak takiej magii jaka jest w kotle Morskiego Oka. 
Dolina Pięciu Stawów niemal ze szczytu Świstówki
Morskie Oko z Kępy Wolarni-
ze Świstówki go nie widać, trzeba jeszcze się
nieźle nadreptać, żeby ten widok zobaczyć.
Poranna magia Morskiego Oka z drogi na Wrota Chałubińskiego, 2015r.
I popołudniowa w drodze powrotnej
Takich widoków Goszczyński co prawda nie miał, docierając do Morskiego Oka ze Swistówki, ale ogrom tego stawu utopionego w objęciach majestatów górskich i przybranego w kobierzec drzew pozostawia niezatarte wrażenie na zawsze.
Morskie Oko a nad nim ściana kryjąca Czarny Staw
pod Rysami, 2012.
Owal Morskiego Oka
Mięguszowieckie Szczyty z Mnichem pełnią straż
nad Morskim Okiem.
Takich zakątków nad Morskim Okiem jest mnóstwo.
Autor Dziennika ze swymi towarzyszami strzelał jeszcze na pożegnanie z Tatrami z miejsca dzisiejszego schroniska - przyznać musimy, że tamten świat był tak inny od naszego, że czasem nieco tamtym wędrowcom po Tatrach zazdrościmy. Nie dość, że sobie postrzelali na wiwat nad Morskim Okiem i z towarzyszącym im echem powracali, to jeszcze z tego miejsca jechali konno do Łysej Polany. A z drugiej strony? To dopiero jest szok! Nie było przecież żadnych szlaków, ułożonych mniej lub bardziej wygodnie kamieni, oznaczeń, a co najważniejsze żadnych schronisk na tych wycieczkach. One po prostu nie istniały, podobnie jak parki narodowe. Tak, z trzeciej strony, nie było też dzikich tłumów turystów na drodze do Morskiego Oka ani plaży Copacabana w tym miejscu. Wędrowcy smakowali magię Tatr jako samotnię gór. 
Widok z Turbacza na Tatry Wschodnie, 2022r.
W tych widokach S.Goszczyński zakochał się, nie dziwota...
Jest to mniej więcej połowa drogi na Turbacz ze strony Oleksówki
w Nowym Targu.
Zachwyca zatem opis zdobycia Turbacza, zwanego przez Goszczyńskiego Kluczkami. "Na południe mieliśmy Tatry. Grube chmury przewalały się po nich, to je całkiem zasłaniały, to odkrywały raz od spodu, drugi raz od wierzchu(...)Ta walka chmur z pogodą, cienia ze światłem, ta ich gra ustawna na tych olbrzymich klawiszach była mi daleko milsza jak nieruchomość, zadumanie gór nad jednotonnym światłem nieba wypogodzonego, powietrza drzymiącego. Nigdy też Tatry nie wydały mi się tak nęcącymi, nigdy tak rozniosłymi, wiele razy wystąpiły spod osłony obłoków..."(Dziennik j.w.str.186). A w drodze powrotnej zaskoczyła wędrowców noc, lecz "księżyc czarodziejsko przyświecał. Góry oblane były jego światłem, skały je odbijały, błyszczały przydrożne potoki jak lustra salonów, iskrzyły się uroszone łąki jak mleczna droga gwiazd niebieskich. A gdzie mieliśmy zarośle, tam krocie świętojanek nam przyświecało, jedne, nieruchome, w mroku gęstwin, w kępkach trawy, inne, skrzydlate, przemykały się przed nami, krążyły około nas jak latające gwiazdki. Nigdy nie zapomnę tego wieczora, tej przechadzki nocnej".(Dzienniki j.w.str.190)
Tatry mgliste też mają swój urok, jakby nawet więcej magii...
Hladovka 2023 i samotny wędrowiec Jarek
    Na potrzeby Dziennika stworzył też Goszczyński słowniczek Podhalan, gdzie wyjaśnia znaczenie takich słów jak: turnia, upłaz, skała, juhas i baca, ale też obce memu uchu drapa - bok góry, wąwóz skalisty, hator-pastwisko, bania jako kopalnia rud żelaza, hawiarz-górnik, perść - ścieżka między zaroślami w górach(nam znane jest jako perć), strysz - drobna kra lodowa a zły raz to szubienica. Cytuje też szereg zapamiętanych pieśni góralskich i przyśpiewek. Oto przykłady za autorem Dziennika.

                  "Bodaj ty, dziewcyno, maliniaku zjadła,
                    Coś ty Janickowi do serduska wpadła. 
                    Chyba cię, dziewcyno, diabli malowali,
                    Co do twoich licek taką krasę dali.
                    - Ej! dyć mnie malował sam Pan Jezus z nieba,
                    bo do moich licek takiej krasy tseba."(Dz j.w.str.143,144)

  I jeszcze taka króciutka przyśpiewka mi sią podoba. 

                     Wysoki zamecek,
                     Wziąłeś mi wianecek.
                      - Wyzsa jesce skała,
                     Samaś mi go dała".(Dz j.w..str.145)

    Jedyne co dziś bardzo razi w "Dzienniku podróży do Tatrów" to zachwyt jaki roztacza autor nad prostym, niewykształconym i niepiśmiennym góralem. Opisuje pięknie góralskie stroje, pieśni, muzykę, ale samego mieszkańca gór traktuje jak dziwo, eksponat w fantastycznym żywym muzeum, który należy podziwiać, lecz za wszelką cenę trzymać z daleka od jakiejkolwiek edukacji. Nowomodnych filozofii góralom nie potrzeba, tak twierdzi szlachcic Goszczyński, co po nitce do kłębka prowadzi do wniosku, iż trzeba tego chłopa pańszczyźnianego - bo takim był też mieszkaniec ówczesnego Podhala - trzymać krótko z karkiem przygiętym do ziemi, niech na jaśniepaństwo haruje od rana do nocy i broń Boże nie poznaje świata. Kto za dużo wie, tym się trudniej rządzi. Niemniej Seweryn Goszczyński uczynił wyłom w kilkuwiekowej tradycji szlacheckiej traktowania chłopów - czyli ludu jak zawsze w sposób szlachetny o góralach wypowiada się autor Dziennika - jako podgatunek człowieka, którego nazywała nie inaczej jak chamem. Przyznaje bowiem z żalem na wielu stronach swego pamiętnika, iż nigdy nie zbratał się z góralami. Nietrudno się dziwić, że sami mieszkańcy gór odnosili się do hrabiostwa z ogromną rezerwą, trzymając ich za ścianą swego życia. Kolejny wyłom w ludzkim porozumieniu się ze wszystkimi mieszkańcami polskiej ziemi nastąpił kilka dziesiątków lat później, gdy nastała era modnej pod koniec XIX wieku i na początku XX "chłopomanii", gdy inteligencja artyści i inni bojownicy o równość między ludźmi, żenili się z córkami chłopskimi. Nie zawsze gwarantowało to szczęśliwie życie, jak w przypadku żony Stanisława Wyspiańskiego, Teodory, której po śmierci genialnego malarza i dramaturga odebrano dzieci, bo stwierdzono, że ich nie wychowa jak trzeba. A jak trzeba, uznali ci mądrale, że wiedzą lepiej od matki. 
Chmurność Tatr ma swój urok, przytłaczają wtedy ogromem granitów.
Widoki z Butorowej połoniny na Rohacze, 2023.
Po lewej stronie Czerwone Wierchy
Na zakończenie przytoczę jeszcze opis Seweryna Goszczyńskiego mgły porannej w górach.
"Dziennik podróży do Tatrów", str.248 i 249

Zachęcam wszystkich, którym poetyckie wizje Tatr i starego, sprzed dwustu lat, Podhala otwierają w głowie i sercu nowe przestrzenie, a także wzmacniają moce przerobowe w czytelnictwie😄, do przeczytania wspomnień Seweryna Goszczyńskiego zawartych w jego "Dzienniku podróży do Tatrów". Przed tym patriotą-powstańcem w Tatrach gościł Stanisław Staszic - może dotrę do jego zapisków tatrzańskich. 
   
                    
                                                


czwartek, 1 lutego 2024

Zima w Tatrach

                    Kalejdoskop zmian. Zima w Tatrach 2024

    Wytrwali obserwatorzy przyrody a także cykliczności plam słonecznych już dawno wydedukowali, iż pewne odmiany pór roku powtarzają się co dziesięć lub jedenaście lat. Z moich obserwacji sprawa ta dotyczy zwłaszcza zim. W 2013 roku nasz sezon pod Tatrami nazwałam Oceany śniegu - rok 2023 to kilometry śniegu co skończyło się zamknięciem TPN na kilka dni, pierwszy raz od jego powstania w połowie XX wieku.
Nasz ukochany zjazd na trasie z Gdańska do Zakopanego -
z Balic na Libertów. To wjeżdżamy na zakopiankę. 
Rok 2014 z kolei zapisał się w naszym zimowym pamiętniku tatrzańskim taką "ilością braku" śniegu, że na tydzień pobytu zabieliło się na trzy dni. W górach śnieg był, reszta terenu zgniła, jakby padł pomór na ziemię. I tego właśnie spodziewałam się w tym roku. 
Totalna zadymka na Gubałówce wypłoszyła turystów.
    Na Wybrzeżu, jak nigdy od wielu lat, zima trwała od 24 listopada - za wyjątkiem dwóch tygodni w okolicach Świąt - przez sześć tygodni. I dokładnie 24 stycznia w dzień naszego wyjazdu w góry skończyła się totalną chlapą. Świat zapłakał na naszą podróż tatrzańską - przez całą niemal Polskę tak lało, że tylko szalejące wycieraczki było widać na szybie samochodu. A wicher szarpał nim na wszystkie strony, że gdybym to ja miała prowadzić, to chyba nie przekraczałabym 60km/h. 
Lasek przed wyjściem z Gubałówki na Butorowy Wierch chronił przed
szalejącą zadymką - po herbatce z termosu, aż nie chciało się wychodzić
na śnieżne pole zawieruchy. 
Taką też pogodę zastaliśmy na Rysulówce. Już jednak następnego dnia zaczęło sypać, a my nie przewidzieliśmy, że na Gubałówce będzie zamieć zapierająca wręcz dech - wiało i sypało prosto w twarz. Z trudem przebrnęliśmy teren bud sklepowych, zresztą zamkniętych w większości na głucho, bo turystów przyjechało w styczniu znacznie mniej, niż poprzedniego roku.
Nagrodzony trud przedarcia się przez zamieć otwartego terenu Butorowego
- kolejny las zapewniający ochronę przed wiatrem. 
Dopiero w tym miejscu odpoczęłam od zaciskania na twarzy szala i kaptura - dla niewtajemniczonych informacja, iż po wyprawie w zamieci przy minus dziesięciu stopniach C z Kasprowego na Beskid w 2019 roku dostałam porażenia siódmego nerwu twarzowego. O szczegółach tego horroru chciałabym zapomnieć na zawsze. Od tamtego czasu każdy wiatr silny lub zimny to dla mnie niebezpieczeństwo powtórki. Po co zatem człowiek pcha się z uporem godnym lepszej sprawy w takie warunki? Po pierwsze szczelnie  zasłania zagrożony policzek😅a po drugie jak już wyruszył na wycieczkę, to tak łatwo się nie podda😂Zwłaszcza, że był w terenie super bezpiecznym - a z czym wiąże się to zdanie, opowiem później. 
Nieco w lewo od miejsca gdzie Jarek stoi, kwitną w sierpniu łany
wierzbówki kiprzycy, przy których za każdym razem się fotografuję.
Nareszcie leśna cisza
Las przynosi ukojenie od wiatru. Nie mogłam jednak sobie podarować ryzyka kolejnego wiania i zarządziłam zdjęcia przy kapliczce na Prędówce😊
Stąd widok na Tatry był tej zimy nie byle jaki😂
Urzekający widok na Giewont i Czerwone Wierchy - cóż to, nic nie widać?😉One tam są, uwierzcie. Po takiej zimnicy, jedyne na co wpadliśmy to zakup stosownych procentów na rozgrzewkę.

    Pierwsze dni pobytu na każdym wyjeździe górskim trzeba spożytkować na wycieczki z marszu - potem może zabraknąć sił albo chęci. A że nie umęczyliśmy się Gubałówkowymi przeżyciami, wjechaliśmy przecież PKL na górę,  kolejnego dnia wyruszyliśmy z tak zwanego buta do Doliny Lejowej. 
Wzdłuż ulicy z Kir do Zajazdu "Józef" można przejść się laskiem - warto, 
przynajmniej jest się dalej do samochodowych zadymiarzy.
Dotarcie do wejścia do doliny zajęło nam chyba z godzinę, już to powinno nas ostrzec, że może być ciężko. Górski człowiek jest jednak niepoprawnym optymistą.
Od stoku narciarskiego Biały Potok droga do Lejowej prowadzi krainą
urokliwych mostków.
Ta skałka oznacza początek Doliny Lejowej.

Dolina Lejowa świeci pustkami i latem, i zimą. To wspaniała mała trasa na zachłyśnięcie się górskim światem w ciszy i spokoju. Tego roku weszła z nami jedynie pani z psem na ręku, lecz szybko zawróciła. Na szlakach tatrzańskich obowiązuje zakaz wprowadzania zwierząt, za wyjątkiem Doliny Chochołowskiej. Należy to uszanować, bowiem w parkach narodowych chroni się dziką przyrodę a nie psy czy koty. To nie jest nasz dom, my jesteśmy tam tylko gośćmi. Pozwólmy gospodarzom żyć w spokoju. 
Rozpoczynamy przygodę z Doliną Lejową, zimą po raz trzeci.
Samotność Doliny Lejowej
Otoczył nas świat ciszy, zima i drzewa-strażnicy szlaku, a wszystko zatrzaśnięte na horyzoncie górskim kolosem. Można się zakochać...
Ten dość długi mostek zwiastuje niemal połowę podejścia do szczytu Lejowej.


Zachwyceni osłonecznionym szlakiem nie podejrzewaliśmy, iż wkrótce trafimy w ramiona cienia. A ten zawsze oznacza postępujący chłód. I za niedługo wkroczyliśmy do lasu, gdzie robiło się nie tylko coraz zimnej, ale też coraz ciężej się szło - śnieg był sypki, więc szliśmy jak w mące. Jeszcze jednak mieliśmy nadzieję, że słońce powróci na naszą wyprawę. 
Chatka pasterska z Ciemniakiem w tle
I świat porażającego zimna
Kiedy jednak wyszliśmy na otwarty teren - otwarty od 2013 roku kiedy to halny zabił cały gęsty las ciągnący się aż do szczytu doliny - przywitał nas niemal mrok. I straszliwe dołujące zimno. Śniegu, jak widać, nie było dużo, lecz pod spodem był lód a biały puch tak się sypał, że zapadaliśmy się w nim. Każdy krok  oznaczał wydłubywanie się z tej śnieżnej mąki. Nie zabrałam na tę trasę rękawic narciarskich, bo wydawało mi że taki mrozik minus dwa to żaden problem a teraz wymarzały mi palce na zmianę raz u jednej ręki raz u drugiej.
Zimno jak przy zlodowaceniu, słońce ukryło się zupełnie za Kominiarskim.
Z trudem dobrnęłam do szczytu doliny i choć byłam tak zmęczona - wędrowaliśmy już dwie i pół godziny - nie zatrzymałam się, by coś zjeść i napić się gorącej herbaty. Wbrew pozorom taka przerwa oznaczałaby jeszcze większe zmęczenie - tym bardziej, iż górka przed nami nie była duża a las widoczny po lewej gwarantował, że zrobi się nam cieplej. 

Górka do granicy lasu, a zarazem rozwidlenia szlaków w prawo do Chochołowskiej - lecz tam zimą nigdy nie poszliśmy bo za daleko i za wysoko - w lewo do Kościeliskiej, nigdy problemu nie stanowi. Na tegorocznej wyprawie zdumiało mnie nieprzyjemnie co innego, marznące coraz bardziej palce u nóg. I już zła myśl zagnieździła się w głowie, że to pewnie przez moje w zasadzie letnie trapery. Pomyliłam się i to bardzo, Jarkowi w jego nowych super butach górskich tak samo zamarzały palce. Wniosek z tego był jeden - za długo szliśmy w cieniu i śniegu, przez który buty nasze "płynęły" niemal jak łódź podwodna. A zbawczy koniec wspinaczki był już blisko.
Przysłop Kominiarski zaskoczył nas takim mrokiem, że aż złość brała. Jedyną
nagrodą był lśniący w słońcu czubeczek Giewontu i pasmo prowadzące do Ciemniaka.
I Jarek siedzący na ławce po lewej😄


Już wiem, że za chwilę napiję się ciepłej herbaty...
A ja wykazałam się, jak okazało się nie tylko na tej wyprawie, niezwykłym hartem ducha. Atak grypy żołądkowej omal nie zwalił mnie z nóg a i tak dobrnęłam do ławeczek na Przysłopie. I nawet zaryzykowałam dwa łyki herbaty a także kawałek batona, który trzaskał w zębach jak zamrożony. Kolejnej wycieczki nie zaryzykowałam zatem bez zbawczej smecty😅. 
Takiego zaś zejścia z Przysłopu Kominiarskiego zimą(ani też podejścia), z osłonecznionymi widokami, nie mieliśmy dotąd. 
Na drugim planie pasmo wiodące do Ciemniaka
A to najprawdopodobniej skałki zakończone z prawej strony Skałą Piec -
w drodze na Ciemniaka
Schodziliśmy tędy zimą do Kościeliskiej drugi raz i tak mi jakoś schodziło się świetnie, że ledwo zdążyłam wejść w ten piękny zimowy świat, już była ostatnia stromizna. Nie ukrywam, iż zasadniczą rolę w tym biegu w dół miały moje nowe z zeszłego roku raczki. 
I już po płaskim
Ostatni rzut oka za siebie - stamtąd przyszliśmy.
Dobrze byłoby dodać w tym miejscu, iż zimą na Przysłop Kominiarski zdecydowanie nie należy wybierać się z Kościeliskiej. Weszliśmy tędy tylko raz zimową porą, w 2011 roku o czym pisałam w pierwszym opisie Zima w Tatrach - to strome podejście lepiej zamienić na łagodną wycieczkę przez Lejową. 
W Kościeliskiej, przynajmniej w okolicach jej początku, zrobiło się jaśniej. A nam już od Przysłopu ogrzały się nogi, więc pędziliśmy do busa w Kirach, ile sił w nogach...i i ostrożności, by się nie poślizgnąć, nieopatrznie bowiem zdjęliśmy po zejściu raczki. Mieliśmy  szczęście, bo choć wszystkie busy z rozkładu już odjechały, to zaraz za krzyżówką na Królewską podjechał niespodziewany z Chochołowskiej. I za kilka minut mogliśmy wreszcie zdjąć buciska i rzucić się na łóżko w należnym nam bez łaski odpoczynku😆

Dwa dni wędrówki nie zamieniły się w trzeci, w sobotę bowiem od rana szalała zadymka. Ani w takiej pogodzie - gdzie niewiele więcej widać, iż za czubek nosa  - na wycieczki się wybierać, ani na nartach zjeżdżać. Zrobiliśmy zatem zakupy w naszej ukochanej Hladovce na Słowacji u pani Helenki. Odważni i zadowoleni z siebie, zwłaszcza ja, wyruszyliśmy w niedzielę na Biały Potok. Po dwóch latach przerwy "popędziliśmy" na narty. I na moich czczych przechwałkach się skończyło😆Po półtorej godzinie "oślej łączki" padłam ze zmęczenia. 
Narciarze...na oślej łączce

Przygodę z nartami najlepiej zacząć za młodu. Dzieci uczą się błyskawicznie a jak upadną, wstaną otrzepią się i jadą dalej. Za naszych młodych lat dla ludzi z Wybrzeża ten sport był jednak w zasadzie nieosiągalny nie tylko ze względów finansowych, ale przede wszystkim z tego powodu, że wówczas ludzie znad morza myśleli raczej o żeglowaniu niż narciarskich wyczynach. My założyliśmy narty na nogi po raz pierwszy dopiero, gdy mieliśmy już dorosłe dzieci. I nigdy tego nie pożałowaliśmy 🎿


Słoneczna niedziela przyniosła w górach lawiny. Zagrożenie było już od piątku, TPN ostrzegał, by nie chodzić w wyższe partie gór, dodatkowo informując, iż nic nie wskazuje, że sytuacja ma ulec zmianie w najbliższych dniach. Spodziewałam się tego, bowiem ocieplenie w zimie zawsze powoduje w górach, iż ogromne masy śniegu stają się niestabilne i byle co może je ruszyć - pędzą wtedy w dół z szybkością minimalną 100km/h. Człowiek jest bez szans, jeśli znajdzie się na trasie lawiny. 
Przystanek na Szeligówce - stąd wyruszamy busami na wycieczki.
Przerażające jest zatem, iż pomimo wielokrotnych ostrzeżeń TPN i TOPR turyści to lekceważą. Całkowita beztroska, by nie powiedzieć bezrozumność, powoduje, iż rok w rok ludzie giną pod lawinami. W niedzielę grupę turystów w wysokich partiach Tatr spotkał ratownik TOPR i ostrzegał, prosił by zawrócili, bo dalsza wspinaczka jest bardzo niebezpieczna. Nie posłuchali, ruszyli dalej i porwała ich lawina. Jedna z ofiar, mężczyzna w wieku lat 28, zmarł w poniedziałek w szpitalu. Ludzie ci nie byli w żaden sposób przygotowani do ewentualnego ratowania się spod lawin. I ten dramat niczego nie nauczył kolejnych upartych turystów - we wtorek następną osobę porwała lawina. Zagrożenie lawinowe 3 stopnia, a takie ogłoszono w poniedziałek rano, oznacza, iż zwykły turysta bez żadnego fachowego sprzętu powinien się raczej wybrać na Krupówki. A jeśli nie, to na spacer po stu procentowo bezpiecznym szlaku - życie mamy tylko jedno...
Do roku 2013, kiedy to w grudniu w Tatrach szalał wiatr bora,
trasa do Wodogrzmotów Mickiewicza prowadziła w gęstym lesie.

A my od początku roku obiecywaliśmy sobie, że wreszcie po siedmiu latach od ostatniej wyprawy z Mateuszem wyruszymy zimą - po raz piąty - do Murowańca. I gdy ogłoszono trójkę, z miejsca przeorientowaliśmy plany. Ryzyko jest zupełnie niepotrzebne, Tatry stoją w tym samy miejscu już miliony lat i jeszcze postoją - nie tym roku to kiedy indziej można trasę powtórzyć. 
Nasz wybór padł na schronisko Roztoka - za pierwszym razem trafiliśmy do tego cudu w 2018 roku. Sam dojazd do Palenicy Białczańskiej jest już frajdą - jedziemy przecież na spotkanie przygody.
    Słowo o Wodogrzmotach Mickiewicza zacząć wypada od Towarzystwa Tatrzańskiego powstałego w XIX wieku - jednym z założycieli był niezmordowany pasjonat Tatr, lekarz Tytus Chałubiński. W roku 1891 władze Towarzystwa nadały kaskadom potoku Roztoka, w jego dolnych partiach, nazwę Wodogrzmoty Mickiewicza. Uczczono w ten sposób sprowadzenie prochów wieszcza na Wawel w roku poprzednim. Autor "Pana Tadeusza" nigdy zaś w Tatrach nie był.  
Podążamy krainą ciszy świerków zimy i gór.
Słońce bez ostrzeżenia prowadzi nas do świata mroku.

    Od Wodogrzmotów, po drugiej stronie asfaltu zimą niewidocznego pod śniegiem i lodem, kierujemy się do szlaku w dół. I tam wkraczamy do baśniowej krainy. Samotnego obcowania z majestatem gór, osłonecznionych tego roku lśnieniem bieli, gdzie drogę niemal zastępują nam milczące szeregi zasypanych śniegiem świerków. Wędrówka w tej ciszy przeradza się w podróż w czasie, gdy pierwsi ludzie docierali tutaj, stając w niemym zachwycie. 
Okruchy diamentów
Bramy raju
I jedyne co mi złamało serce, to leżące pokotem, ze trzydzieści metrów przed schroniskiem, martwe świerki zwalone przez halny. Nigdy już nie powtórzę tego cudu mojej Chrynielówki z "Klejnotów rodzinnych" z 2018 roku. Nie dlatego, że już o tym wiem, spodziewam się - co niweluje pierwsze na całe życie zaskoczenie - lecz dlatego, że umarł las przed Roztoką. 
Magia Chrynielówki nie powtórzy się już nigdy.
Na pocieszenie - jakby komuś specjalnie zależało, by ozłocić tamto wspomnienie - pogoda sprawiła nam urzekające zjawiska.
A straszydło po prawej, pożarty przez kornika drukarza świerk, jest takim dopełnieniem powyższego obrazu - pod wiele znaczącym tytułem "Kto się czai na Roztokę"😉. W schronisku znaleźliśmy się około jedenastej dwadzieścia, a zatem nacieszyliśmy się nim tylko we dwoje. Mnie, pierwsze co, rzucił się w oczy napis kredą na malutkiej tablicy na ladzie bufetu: Polecamy rydze na maśle - 45 zł. Tak mnie to rozśmieszyło, że nie mogłam się skupić na zamówieniu. A jedzenie mają w Roztoce wyśmienite, nawet jeśli to tylko pomidorówka żurek i szarlotka, zimą również może być na ciepło z lodami. Rydze poczekają na naszą większą fantazję😂
Obowiązkowe zdjęcie przed ukochaną Roztoką
Powrót okazał się chyba jeszcze bardziej tajemniczy, bowiem słońce obraziło się na Dolinę Roztoki i poszło świecić wyżej.
Czy to Wołoszyn nad nami?
Jedyna to była wspinaczka tego dnia, zbyt krótka żeby się zmęczyć a zatem przyjemna. A chętni do Roztoki, w liczbie może trzech osób, wyminęli nas szybko, całą tę magiczną trasę mieliśmy więc tylko dla siebie. 
Dostojna trójka
To pewnie strażnicy...
Powrót do Palenicy zbiegł mi zbyt szybko - i dopiero wtedy na naszej trzeciej i ostatniej tej zimy wycieczce poczułam Tatry. To coś magicznego, jakby się wżyły we mnie a ja w nie - jeden i ten sam oddech. 
Następne dni to było szaleństwo nart - szaleństwo w naszym wydaniu😊
W przyszłym roku poprawimy się, potrenujemy i porobimy więcej zdjęć.
A także kilka na tyle krótkich filmików, żebyśmy mogli w zimowych opowieściach
Madzi Rohackiej pochwalić się, jak szusujemy.

    Na zakończenie naszego sezonu zimowego Tatry 2024, garść widoków nieco malarskich.
Widok z Hladovki na polskie Tatry... strzeżone pasmami bieli chmur.
A to już po stronie polskiej przed wjazdem do Chochołowa.
Obrazek jest wycinkiem Tatr - po lewej słowackie Tatry Bielskie, po prawej nasze
aż do Giewontu.
Odwieczny nasz obraz...przed Kirami kończy się polski świat, granicy strzegą
tajemnicze olbrzymy.
Ostatniego dnia przed wyjazdem słońce jeszcze postanowiło dopieścić nam chwile przed pakowaniem. Kiedy wyszłam pożegnać się z górami do lata, zmierzchało a zatem zdjęcia oblekły się powracającym zimnem.
Sanna pod bacówką na Polanie przed Kirami,
z Kominiarskim w tle
I nasza górka na Białym Potoku. W tym roku zjechałam z niej osiem razy, 
 z tego raz "pacnęłam" w śnieg, ale niegroźnie. 
Rok 2014 powtórzył się zaraz po naszym wyjeździe - deszczowe przedwiośnie, śnieg okazyjnie i ciepło. Do 23 stycznia 2024 nie można było narzekać na zimę, lecz o zeszłorocznych hekatombach śnieżnych i mrozie po minus trzynaście trzeba było zapomnieć. 
Zmierzchające przedwiosenne pożegnanie,
w tle po prawej Osobita
Nostalgie Rysulówki
    Na zachętę dla wszystkich spragnionych zimowych wypadów polecam noclegi na Rysulówce u pani Marysi i pana Stasia - zwłaszcza z dziećmi. Niby zima nietęga, ale jakby co co zawsze można pozjeżdżać z przydomowej górki.
A kiedy wyjdzie słońce, wszystko zmartwienia usuwają się w cień. Nabieramy takiej energii, że najmniejszy nawet górski wypad jest spełnieniem marzeń. 
Do zobaczenia na Rysulówce w lipcu💝

 


























Zima w Tatrach

                                   Śladami polarnej wyprawy     Dziś chciałabym zaprosić wszystkich w podróż na zimowe krańce świata w czasa...